Pociąg do Darjeeling (2007)

Trzej bracia – Francis (Owen Wilson), Peter (Adrien Brody) i Jack (Jason Schwartzman) – spotykają się w tytułowym, indyjskim pociągu linii Darjeeling Limited, rok po śmierci ojca. Francis robi za przewodnika całej wycieczki, karząc pozostałej dwójce podporządkować się totalnie wobec jego planu. Z początku nie wyjawia celu pojednawczej podróży przez Indie, która ma na celu zjednoczyć braci z matką, obecnie mniszką w himalajskim klasztorze. Zapowiada się więc kolorowo, jak to na Wesa przystało.

Jak na dość krótki metraż, film trwa klasyczne już półtorej godziny, Andersonowi udaje się wypchać go naprawdę robiącą wrażenie liczbą elementów charakterystycznych dla tego twórcy. Jest więcej odpowiednio intymnie, czasami naprawdę epicko, smutno i śmiesznie jednocześnie, a sama ręka reżysera jest tutaj odpowiednio uwydatniona. Temat dysfunkcyjnej rodziny jest znany w filmografii Wesa, nie szukając dalej przerobił to perfekcyjnie w swoim Genialnym klanie (2001), w sumie to obsada tych dwóch filmów jest praktycznie identyczna.

Anderson i operator Robert Yeoman prezentują tutaj chyba oczekiwany przez fanów, kalejdoskopowy portret Indii, z typową dla reżysera gamą nasyconych kolorów, przestylizowanymi wnętrzami pociągu oraz imponującym wizualnie przedstawieniem miasta Jodhpur. Indie w Pociągu… wyglądają tak, jak moim zdaniem smakują. przesycone kolorami niczym curry podane na zdobionym, błękitnym talerzu. Żółty i niebieski zdecydowanie dominują tutaj paletę barw.

W sekwencjach miejskich udaje się reżyserowi coś naprawdę zapierającego dech w piersi. Nie tylko w zachwycający wizualnie sposób przedstawia nam hinduskie miasto, jego architekturę, mieszkańców i ich zwyczaje. Anderson umieszcza w tym wręcz przesiąkniętym pedantyzmem świecie cały wachlarz religijnych rytuałów, zarówno hinduskich, jak i sikhijskich. Ta dziwaczna mieszanka prawdziwej egzotyki do pary z wybitną grą trójki głównych aktorów skutkuje wręcz transcendentnym przeżyciem. Czymś, co rzadko zdarza mi się poczuć w filmografii Wesa, ale kiedy już ma to miejsce, zostaje ze mną na długo.

Jest to pierwszy Wesa Andersona film od czasów ukochanego przeze mnie Rushmore (1998), w którym obsada została okrojona do absolutnego minimum. Jak już wspomniałem na początku, główne trio to Owen Wilson, Adrien Brody i Jason Schwartzman, którzy bardzo dobrze radzą sobie w swoich rolach i są zdecydowanie jedną z najmocniejszych składowych filmu. Film szybko ustanawia ich postacie na początku historii, a aktorzy mają bardzo wiarygodną chemię i są naprawdę przekonujący jako bracia. A Owen Wilson w szczególności daje tutaj jedną ze swoich najlepszych kreacji. A, jest jeszcze Bill Murray w małym epizodzie, a jego pojawienie się na ekranie to dla mnie zawsze wartość dodana.

Znajdziemy w tym filmie taką sekwencję, kiedy nasi bohaterowie muszą oddać ciało chłopaka, który przypadkowo utopił się na ich oczach w rzece, jego rodzimej wiosce. Anderson robi coś, co chyba pierwszy raz spotkałem w jego dorobku, ucieka od swojego frywolnego, a jednak poukładanego jak dobra makieta stylu, na rzecz wręcz dokumentarnego ukazania obrządków tej małej społeczności. To pełna szacunku ze strony reżysera perspektywa, oddająca należny podziw tej jakże nietypowej dla nas kulturze. No panie Anderson, ma pan w moich oczach kolejnego, wielkiego tym razem plusika.

Pociąg… to obraz, który wykorzystuje Indie nie tylko jako kolorowe, egzotyczne tło dla swojej opowieści, ale również z respektem stara się pokazać nam, jaki ten kraj jest naprawdę. Niezależnie od tego, czy jest to przejażdżka taksówką przez zatłoczone ulice Jodhpur, czy szerokokątne ujęcie szczytu gór Udaipur lub bogato zdobiony pociąg, Indie Andersona są tętniące życiem i zachwycające. Tak, jak już wspomniałem gdzieś tam wcześniej, mają swój smak, zapach i estetykę.

Zaskoczony jestem tym, jak bardzo moja początkowa niechęć do tego reżysera przekuwa się w zachwyt i taką zwykłą sympatię do jego pracy. I choć jest to dla mnie zdecydowanie jeden z najlepszych filmów Andersona, dziwi mnie fakt, że jest on zazwyczaj pomijany i wydaje się nieco zapomniany na tle innych. To zabawny, dziwaczny, wzruszający i zachwycający film, jak mało który! Jest w nim jednak coś bardziej poruszającego i uniwersalnego niż w innych projektach Andersona. Może dlatego, że historia trójki facetów na zakręcie egzystencjalnego kryzysu jest dla mnie o wiele bardziej aktualna teraz, niż kiedykolwiek indziej?

Oryginalny tytuł: The Darjeeling Limited

Produkcja: USA, 2007

Dystrybucja w Polsce: galapagos.com.pl

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.