Resident Evil: Witajcie w Raccoon City (2021)

Swoją przygodę z grami z serii Resident Evil zakończyłem na części numer cztery, więc można powiedzieć, że jestem jakimś tam umiarkowanym fanem, który liznął trochę tego uniwersum. Szczerze je lubię, bo jest w niej mnóstwo fantazyjnych potworów i pseuodnaukowych konspiracji o zabarwieniu militarnym. Dlatego też na nową inkarnację filmową tej franczyzy czekałem z umiarkowanym entuzjazmem. Nie załapałem się na kino, bo nie był to mój priorytet, nadrobiłem sobie zatem w domowym zaciszu.

Napisany i wyreżyserowany przez Johannesa Robertsa film przenosi się w czasie do 1998 roku, by nostalgicznie ukazać nam pochodzenie wirusa T oraz samego Weskera – ikoniczną postać dla serii. Fabuła opowiada o Claire Redfield, która wraca do domu w Raccoon City, próbując odkryć skandal w The Umbrella Corp, powszechnie uważanej za dobroczynną, globalną firmę.

Na nieszczęście Claire przybywa w samą porę, by być świadkiem realizacji nikczemnych planów Umbrelli, gdy zostaje uwolnione zagrożenie biologiczne, przekształcając nieświadomych mieszkańców miasta w nieumarłych, zjadających ludzkie mięso zombie. Gdy wirus wymyka się spod kontroli, miasto zostaje zamknięte, a Claire i jej brat, gliniarz Chris Ratfield, muszą połączyć siły z nowicjuszem Leonem Kennedym i twardą weteranką Jill Valentine, aby odkryć prawdę o epidemii i spróbować uciec z koszmaru.

Od samego początku widać, że Robertsowi zależy na wiernej adaptacji ukochanej gry. Łączy on fabułę dwóch pierwszych części seri, przedstawiając nam zarówno kultową rezydencję, jak i posterunek policji oraz miasto będące polem bitwy z zombie. Ostatecznie wychodzi wymieszanie z poplątaniem, coś, co spokojnie powstałoby w drugiej połowie lat 90. i już wtedy trąciłoby pretensją czy usilnym wrzucaniem do fabuły wielu wątków. Zamiast skupić się na jednym, scenariusz stara się złapać wszystkie nieumarłe wrony w jedną garść. Tak, jest to jak najbardziej odpowiednia metafora względem filmu.

Choroba dotykająca nielicznych, pozostałych w domach mieszkańców Raccoon City ma nie tylko charakter ekonomiczny. Podobnie jak w przypadku gier i poprzednich filmów, obszar ten został zainfekowany wirusem, który zamienia ludzi w zombie – i tak jak w przypadku wcześniejszych filmów z serii Resident Evil, Witamy w Raccoon City nie jest szczególnie wyróżniającym się obrazem traktującym o inwazji żywych trupów. Powiedziałbym nawet, że przez niski budżet, nie czuć skali apokalipsy, a jej szersza perspektywa praktycznie nie zostaje nam ukazana. To taka bardziej zabawa w kino o zombie, w której nasi bohaterowie chodzą sobie po opuszczonych fabrykach i ciemnych korytarzach.

W przypadku części nakręconych przez Andersona, jakby ktoś nie wiedział, to tych z Jovovich, można mówić o kinie bardziej science fiction niż horrorem, z klonami strzelającymi z broni automatycznej do różnych nieumarłych mutacji. Roberts starał się nakręcić kino grozy, choć film ostatecznie nie jest szczególnie przerażający. Pewnie znajdą się ludzie, dla których film nawiązuje do twórczości Johna Carpentera, a konkretnie Ucieczki z Nowego Jorku (1981) i Ataku na posterunek 13 (1976). Ba! Znajdziemy tu nawet czcionkę w stylu Carpentera, odliczającą godziny do zniszczenia Raccoon City. Ale Robertsowi nie udaje się udźwignąć tego ciężaru, a jego bohaterowie nijak nie potrafią wzbudzić naszych emocji. Czy uciekną oni ze skazanego na zagładę miasta, czy staną w jego obronie. W sumie mamy w to naprawdę wywalone.

Bo w Witajcie w Racoon City nie znajdziemy żadnej głębi postaci, czegoś, co łączyłoby je jakkolwiek z feralnym miastem. Kiedy Kaya Scodelario przyodziewa minę twardzieli, trudno nie wrócić myślami do Pełzającej śmierci z 2019 roku, która o wiele lepiej wykorzystuje jej charyzmę. Niektórzy fani gier byli urażeni, że Milla Jovovich stała się centralną postacią, choć nie była częścią mitologii gier. Mimo to, w tych wersjach Claire lub Jill Valentine (Hannah John-Kamen), wyraźnie brakuje gwiazdorskiej jakości i imponującej fizjonomii Jovovich.

Gry z serii Resident Evil były klasycznymi survival horrorami i chociaż była w nich akcja, prawdziwym sercem było przerażenie i niepokój, z jakim wkraczaliśmy w ciemne, nieznane przestrzenie. Witamy w Raccoon City zdaje sobie sprawę, co tak dobrze sprawdziło się w starszych grach, jednak nie potrafi zupełnie przekuć tego na format filmu. Nie jest to kino nienadające się zupełnie do oglądania, bo jako B-klasowy horror pod popcorn może się nawet podobać, jednak sam chyba wolałbym, aby nie była to furtka do kolejnej inkarnacji kultowej franczyzy na dużym ekranie. To był po prostu niecelny strzał, ze strzelby, w głowę zombie, z bliskiej odległości.

Oryginalny tytuł: Resident Evil: Welcome to Raccoon City

Produkcja: Niemcy/USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: hbomax.com

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.