Vortex (2021)

Jako oddany fan filmów Gaspara Noé, wstyd się przyznać, że opisywany tutaj Vortex jest moim pierwszym, kinowym doświadczeniem tego wielkiego reżysera. Ale wszystko mogę zrzucić na karb tego, że zabrałem się za niego zbyt późno, a jego dzieła nie należą do powszechnie dystrybuowanych na wielkim ekranie. Mimo wszystko dopiąłem swego i na jego najnowsze dzieło pobiegłem z niepohamowanym entuzjazmem. I tak, o żadnym zawodzie nie ma mowy.

W 2020 roku Gaspar Noé otarł się o śmierć. Prowokacyjny francuski reżyser znany choćby z tak wybitnych dzieł, jak Climax (2018) i Wkraczając w pustkę (2009) doznał krwotoku mózgowego niedługo przed tym, jak w marcu cały świat wpadł w lockdown wywołany pandemią. Kiedy Noé wyszedł ze szpitala do opustoszałego świata, poczuł się tak, jakby dostał drugą szansę na życie. To, co powstało z tej traumy, zostało opisane jako najbardziej osobisty, a nawet przystępny, film reżysera. W dużej mierze improwizowany film cierpliwie opisuje uzupełniające się doświadczenia dwojga upadających ludzi u zmierzchu ich życia.

W rolach głównych mamy zatem legendę (choć to wciąż zbyt małe określenie) włoskiego kina giallo Dario Argento oraz francuską aktorkę Françoise Lebrun. W zasadzie można powiedzieć, że pomijając kilka niezbędnych dla fabuły zmian w ich życiorysach, dwójka gra praktycznie samych siebie. Dałbym sobie też uciąć jakąś mniej niezbędną do funkcjonowania mojego organizmu część ciała, że mieszkanie, w którym dzieje się lwia część filmu mogłoby należeć właśnie do Gaspara.

Nakręcony w całości na podzielonym ekranie film najprościej nazwać rodzinnym portretem ludzi u schyłku swojego życia. On pracuje nad najnowszą książką, gdyż jego umysł mimo wieku wciąż pozostaje światły, ona mierzy się z postępującą demencją, która coraz mocniej odcina ją od rzeczywistości, skazując na życie w stanie permanentnego lęku. Początkowo szczęśliwa para jest filmowana, gdy relaksuje się na patio swojego rozległego francuskiego mieszkania, przepastnej przestrzeni wypełnionej niemal od podłogi do sufitu książkami, plakatami filmowymi i dziełami sztuki. Wznoszą toast za życie, to, co nazywają „snem we śnie”, a następnie ukazany zostaje nam moment, kiedy razem kładą się do łóżka. Gdy budzą się, ekran rozcina się na pół.

Z pozoru Vortex może wydawać się powściągliwą ucieczką od tego, z czego znamy tego urodzonego w Argentynie reżysera. Nie znajdziemy tutaj napiętych, spocony ciał, gorącego seksu ani brutalnej przemocy, a wszystko zamknięte jest niczym kameralny pamiętnik. Nietrudno doszukać się tutaj koncepcji zbliżonej do nagrodzonej Oscarem Miłości (2012) Michaela Haneke, ale jako Polak znalazłem też sporo analogii do przebojowej nad Wisłą Ostatniej Rodziny (2016). Tak jak tam, także i tutaj można mówić o rodzinnej kronice kręconej głównie w ciasnych ścianach ich wieloletniego mieszkania, które z czasem staje się kolejnym, pełnoprawnym bohaterem filmu.

Ale w swych najmocniejszych momentach, Vortex potrafi porządnie nadszarpnąć nasze nerwy, stając się prawdziwym, klaustrofobicznym koszmarem. To film, w którym starcze choroby równają się z wyciągniętym z horroru potworem, a groźba śmierci czyha za każdym rogiem. Bo miasta u Noé przypomina trochę to, co znamy z jego mocniejszych dzieł, takich jak Sam przeciw wszystkim (1998) czy Nieodwracalne (2002). To wielka metropolia będąca praktycznie u swojego schyłku – tak jak nasi bohaterowie a jej mieszkańcy. Jedni w sposób naturalny, inni wstrzykują w siebie całą tablicę Mendelejewa znalezioną na śmietniku. Każde wyjście z kamienicy może zatem skutkować z poszukującym kasy dilerem albo ćpunem na głodzie.

134 minuty intymności obrazują nam wszystkie drobiazgi życia Matki i Ojca, które w dużej mierze wypełniają ten nakręcony przez operatora Benoît Debie film. Nieskazitelnie prowadzona kamera cicho śledzi Matkę i Ojca po ich przestrzeni życiowej, jakby widzowie sami pilnowali starszej pary, chętni do pomocy w razie potrzeby i jeszcze bardziej cierpiący, gdy mogą tylko patrzeć. I choć z początku nieco rozpraszająca, metoda podzielenia historii na dyptyk staje się łatwa do przyswojenia, pomagając utrzymać atrakcyjną, skądinąd przyziemną historię. Ponieważ ostatecznie na tym polega podzielony ekran: sztuczka, która utrzymuje film na powierzchni. Często pokazuje emocjonalną schizmę między dwojgiem ludzi, nawet wtedy, kiedy dwie strony ekranu praktycznie zlewają się w jedną całość.

Patrząc w ten najbardziej ludzki sposób, film staje się mechanizmem radzenia sobie reżysera z rodzinną traumą, jaka go spotkała. I chociaż nie brakuje dzisiaj przesłodzonych i optymistycznych filmów, niepohamowana niedola wypełniająca Vortex może dla niektórych być zbyt wygórowaną dawką okrucieństwa. Nieprzyjemny nihilizm filmu nie oferuje katharsis, zamiast tego służy po prostu jako sztywne odtworzenie jedynego, prawdziwego elementu życia. Wszyscy jesteśmy świadomi, że pewnego dnia umrzemy, czy to w zdrowym ciele i umyśle, czy w inny sposób. Vortex, choć zniewalający wizualnie, pełni funkcję okna, przez które można spojrzeć na śmierć oderwaną od piękna życia. Jest to zarazem najnormalniejszy film w dorobku Gaspara Noé oraz taki, który mógłby nakręcić tylko on.

Oryginalny tytuł: Vortex

Produkcja: Francja/Belgia/Monako, 2021

Dystrybucja w Polsce: nowehoryzonty.pl

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.