Czas masakry (1966)

Kiedy wracałem myślami do jednego z trzech nakręconych przez maestro włoskiego horroru spaghetti westernów, Czasu masakry z 1966 roku, jawił mi się on jako film ponury, brutalny i wręcz nihilistyczny. Nie wiedząc czemu, dzieło to chodziło mi po głowie już od dłuższego czasu, więc w końcu znalazłem odpowiedni wieczór, aby sobie te wspomnienia zrewidować. Czy to późniejsze dokonania Lucio Fulciego wykreowały mi fałszywy obraz w głowie?

Zacznijmy jednak od początku, a ten jest świetnym świadectwem horrorowych korzeni włoskiego mistrza. Ot widzimy pościg za maltretowanym wcześniej mężczyzną specjalnie do tego szkolonych owczarków niemieckich. Czworonogi w końcu dopadają nieszczęśnika w płytkiej rzece, sprawiając, że woda szybko zaczyna spływać krwią. Wtedy też rozbrzmiewać zaczyna motyw przewodni filmu – Back home someday Sergio Endrigo.

Ujęcia na wartki strumień płynnie przechodzą do naszego głównego bohatera, tymczasowego poławiacza złota Toma Corbetta (Franco Nero). Kontaktuje się z nim stary przyjaciel rodziny, który prosi o natychmiastowy powrót do domu. Ranczo Corbett jest teraz własnością rodziny Scottów, a brat Toma, Jeffrey (George Hilton), stał się lokalnym idiotą, który słania się ciągle na nogach od ilości wypitej tequili. Podczas prywatnego śledztwa naszego głównego bohatera, jego bliscy zaczynąją kolejno ginąć…

Czas masakry to film bardzo ważny w pokaźnym dorobku Lucio Fulciego. Był to jego pierwszy wyskok w stronę czegoś bardziej brutalnego, aniżeli produkowane przez niego taśmowo komedyjki. Zapewne, gdyby za scenariusz nie odpowiadał Fernando Di Leo, gość od klasyki nurtu poliziotteschi, omawiana tutaj produkcja mogłaby pogrzebać zapał Lucio do pójścia w zdecydowanie mroczniejszym kierunku. Film ten również ugruntował pozycję Franco Nero w kinie, nazwijmy to, „zachodnim”, gdyż aktor w tym samym roku pojawił się jeszcze w kultowym Django oraz Texas, addio.

I porównując jego rolę z Django do tej z Czasu masakry, stwierdzić można, że Nero nie nagrał się tutaj zbyt wiele. Jego postać jest często drugoplanowa, ustępując miejsca dwóm najjaśniejszym gwiazdom tego filmu, George’owi Hiltonowi i wcielającemu się w rolę psychopatycznego członka rodziny Scott, Juniora, Nino Castelnuovo. Ten drugi gra z przesadną manierą, jednak nieco przerysowana konwencja w zupełności to wszystko tłumaczy, a jego scena znęcania się nad Tomem za pomocą bicza naprawdę budzi niepokój. Gość w swym dziwacznym fizis łączy zarówno kolonialną etykietę, jak i totalne, nieobliczalne szaleństwo.

Wróćmy jednak do tezy postawionej na początku tego tekstu. Czasu masakry, i mówię to zupełnie szczerze oraz świadomie, dla kogoś, kto nie zna choć trochę konwencji spaghetti westernu, może okazać się nie lada komedią! Pal licho niski budżet i wynikające z tego ograniczenia, jak powtarzające się scenografie czy dysonans płynący z faktu, że film dubbingowany był na co najmniej dwa języki już w trakcie kręcenia. Lucio nie wyrzeka się swojego komediowego rodowodu, lwią część swojego dzieła wypełniając sytuacyjnym humorem, komiksowymi wręcz postaciami czy mocno podkręconymi scenami akcji. Największym i dzisiaj raczej niemożliwym do publikacji świadectwem komediowego rodowodu Fulciego jest postać starszego Azjaty, który napisany je w maksymalnie stereotypowy sposób.

Powrót do Czasu masakry to dla mnie przede wszystkim uświadomienie sobie, jak kreatywnym kierownikiem wizualnym jest Fulci. Dużo jest tutaj ciekawych ujęć, bohaterów kręconych przez ramy okien czy horrorowych, szybkich zbliżeń na twarze w akompaniamencie dziwacznej, „skrzypiącej” muzyki. Kamera stara się jak może, aby utrzymać podniosły ton w scenach, które tego wymagają. A ten jest, jak już wspomniałem, dość eklektyczny, łącząc w sobie ponurą brutalność z głupkowatym slapstickiem. Na całe szczęście w rękach Lucio film nie popada w parodię, będąc zdecydowanie kompetentnym spaghetti westernem.

Nie będzie niczym odkrywczym, kiedy powiem, że Czasu masakry stanowi obowiązkowy seans nie tylko dla wszystkich fanów Dzikiego Zachodu z Półwyspu Apenińskiego, ale również tych, których fascynuje twórczość Lucio Fulciego sprzed jego zrewolucjonizowania europejskiego kina grozy. Jako kino stricte rozrywkowe, omawiany tutaj film ma wszystkie elementy składowe na swoim miejscu. Narzekać można oczywiście na zbyt rozwleczony pierwszy akt, ale cholera, wszystko, co następuje potem, skutecznie mi te oczekiwania rekompensuje.

Oryginalny tytuł: Le colt cantarono la morte e fu… tempo di massacro

Produkcja: Włochy, 1966

Dystrybucja w Polsce: Grjngo Westerny

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *