Zjedzeni żywcem (1980)

8 lat zajęło włoskiemu twórcy kina gatunku, Umberto Lenziemu, aby zdecydować się na powrót do amazońskiej dżungli i rozwinąć temat ludycznego kanibalizmu po, zdaniem samego reżysera, definiującym go Człowieku z głębokiej rzeki (1972). I niestety, jego Zjedzeni żywcem z 1980 można śmiało brać za przykład tego, dlaczego nurt ten powszechnie kojarzony jest dziś z kinem klasy C (lub niżej).

Film zaczyna się tak, jak wiele mu podobnych produkcji o kanibalach, w Nowym Jorku. W sercu metropolii rdzennie wyglądający mężczyzna za pomocą dmuchawki pozbawia życia wybranych ludzi na ruchliwych ulicach. Po tym enigmatycznym, ale jakże ekscytującym wstępie, przenosimy się do młodej kobiety o imieniu Shelia (Janet Agren), która przybywa do Nowego Jorku w poszukiwaniu zaginionej siostry Diany (Paola Senatore). O pomoc zwraca się do profesora Cartera (Mel Ferrer), który pokazuje jej 8 mm film znaleziony przy wcześniej poznanym mordercy… który został zabity przez przejeżdżającą ciężarówkę.

Materiał filmowy zawiera ujęcia Diany podczas plemiennego rytuału, więc profesor informuje zaniepokojoną siostrę, że znalezisko pochodzi z Nowej Gwinei, a plemię najprawdopodobniej ma zapędy kanibalistyczne. Ten trop prowadzi Szelię do dżungli, gdzie jej siostra najwyraźniej dołączyła do kultu znanego jako Sekta Oczyszczania, pod urokiem enigmatycznego przywódcy kultu Jonasa (Ivan Rassimov).

Fabuła filmu jest, jak widzicie, absurdalna! To w zasadzie ciąg kolejnych, klejonych do siebie na przysłowiową ślinę elementów mających uwydatniać eksploatacyjny charakter produkcji. Od sensacyjnego początku, który w swej abstrakcyjności jest nawet zabawny, po wątki ewidentnie nawiązujące do mającej miejsce zaledwie dwa lata wcześniej tragedii w Jonestown, jesteśmy wrzuceni do miksera buzującego od pomysłów samego Lenziego i zapewne wszystkich innych osób wokół niego orbitujących.

Być może to powyższe zdanie można by było uznać za ekscentryczny koktajl, który pić można bez przepitki, ale cholera, Zjedzeni żywcem to plagiatorski patchwork bezczelnie posklejany nie tylko z innych filmów Umberto Lenziego, ale też twórców, którzy zapewne nie mieli o tym procederze pojęcia! Reżyser stwierdził, że po co kręcić scenę kanibalistycznego ataku i aktu konsumpcji ludzkiego mięsa, skoro w 1977 roku niejaki Ruggero Deodato zrobił to lepiej w swoim Zaginionym świecie kanibali. I takich kwiatków jest tutaj pełno, a Lenzi czasami z mniejszym, czasami z większym wyczuciem raczy nas widokiem całych sekwencji ewidentnie niepasujących do głównego trzonu filmu.

Na całość pewnie można przymknąć oko, choćby dla fantastycznej sekwencji masowego samobójstwa członków sekty poprzez wypicie zatrutej jadem mikstury. Mimo dość tandetnej ekspozycji i widocznie chałupniczego wykonania, jest coś na wskroś romantycznego we wspólnym odbieraniu sobie najwyższej wartości, a widok matki pozbawiającej życia swoje dziecko jednocześnie rozczula, jak i w pewien sposób smuci. Oczywiście wszystko to opisuję w nawiasie różowych okularów niedostrzegania raniących nagie oczy, technicznych wad filmu!

Za niewątpliwą zaletę uznać należy również dość wartkie tempo i krótki czas trwania filmu, co pomaga przez niego przefrunąć niczym papuga przez gęstą dżunglę. No i fani efektów gore, tych charakteryzujących raczej niskobudżetowe produkcje, odnajdą się tutaj jak w domu. Bo Lezni miał nieco odwagi, by wśród tych wszystkich plagiatowanych sekwencji wrzucić coś autorskiego. Dlatego też oprócz finałowej masakry w filmie zobaczymy też całkiem nieprzyjemny gwałt, amputację piersi, zjedzenie ludzkich uszu i wykorzystanie węża jako dildo. Tak, to włoskie kino gatunku lat 80., tutaj dzieją się rzeczy dantejskie!

Zjedzeni żywcem nie są zdecydowanie dobrym wstępem dla kogoś, kto włoskie kino kanibalistyczne chciałby poznać. To raczej film działający w roli fanaberii dla tych, którzy zaznajomieni są z tym nurtem na tyle dobrze, by widzieć, jak wiele innych produkcji ogniskuje tutaj Umberto Lenzi. Choć z drugiej strony, oglądanie go w błogiej nieświadomości może mieć wpływ na odbiór jako w pełni autorskiego dzieła. Ale nie, tak niestety nie jest, więc miejcie to na uwadze!

Oryginalny tytuł: Mangiati vivi

Produkcja: Włochy, 1980

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *