Nosferatu (2024)

Jeśli w 2025 roku miałbym wybrać tylko jedno wydarzenie ze świata filmu, na które czekałem i w znaczący dla mnie sposób przeżyłem, będzie to bez żadnej wątpliwości nowe dzieło Roberta Eggersa. I mógłbym tutaj oczywiście psioczyć na dystrybutora, który postanowił cofnąć nas względem świata o kilka miesięcy, ale powstrzymam się, o tym wylano już hektolitry żółci w internecie. Skupmy się na tym, co dobre, a będzie to zadanie nad wyraz łatwe, bo Nosferatu praktycznie pozbawione jest wad.

Ja oczywiście rozumiem, że dla wielu jest to film zbędny, że wersja Murnaua czy Herzoga lepsza, że sam hrabia Orlok zbyt tatarski czy w ogóle, że historia przedstawiona jakaś taka nudna i mało żwawa. Ale co ja mam zrobić, skoro od pierwszych sekund kinowego seansu wciągnąłem się w ten świat, w tę opowieść i w te postacie? Że przeżyłem wszystko na poziomie bardzo osobistym, angażując wszystkie moje emocje i wyciągając z filmu wiele ciekawych obserwacji. Może to naiwne, bo jednak jestem ślepo zapatrzony w prace Eggersa i praktycznie szedłem na film z wyrobioną opinią – arcydzieło!

Fabuła z początku wierna jest historii ukazanej już w 1922 roku przez wspomnianego Murnaua. Thomas (Nicolas Hoult) jest ambitnym i będącym świeżo po ślubie agentem nieruchomości, który starając się o awans, przyjmuje zlecenie od swojego szefa, Herr Knocka (Simon McBurney). Polega ono na podróży do Transylwanii, aby zawrzeć umowę z ekscentrycznym hrabią Orlokiem (Bill Skarsgård). Jedynym minusem jest to, że będzie musiał zostawić w mieście Ellen (Lily-Rose Depp), swoją ukochaną pannę młodą, która niechętnie puszcza męża w daleką podróż.

Młodzi nie wiedzą, że Orlok ma ukryte motywy, które nie tylko narażają ich małżeństwo na rozpad, ale również bezpośrednio wpływają na życie całego miasta, w którym planowali wspólną przyszłość. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zatrzymać piekielnej istoty przed tym, aby zaspokoić cielesne pragnienia Ellen. Wiadomo, historia przemielona przez popkulturę już wiele razy, na różne sposoby i chwała Eggersowi za to, że podchodzi do niej z odpowiednim szacunkiem, jednocześnie kładąc nacisk na zupełnie inne jej aspekty.

Eggers znany jest z tego, że jego filmy wręcz ociekają pewnym nieuchwytnym, demonicznym pierwiastkiem. Nie inaczej jest i tutaj, bo Nosferatu łapie za gardło od samego początku, zanim jeszcze na ekranie zagości plansza tytułowa. To kino bardzo mocno przytłaczające swoją atmosferą, niedające czasu na oddech ani niesprawiające pozorów posiadania czegoś w postaci wentyla bezpieczeństwa dla przewrażliwionego widza. Nawet kiedy Olroka nie ma jeszcze osobiście w mieście, czuć jego ponury nokturn. A kiedy w końcu stawia stopę w swojej nowej posiadłości, czeka nas iście apokaliptyczne doświadczenie, w którym w zasadzie nie ma miejsca na szczęśliwe zakończenie.

Trudny do rozpoznania na ekranie Skarsgård, z pomocą imponującej pracy protetycznej Davida White’a, ukazuje nam figurę wampira, na jaką zasługuje dzisiejsze kino. Dużo zostało w nim z człowieka, ale emanuje od niego jakiś silny, nieziemski i potworny pierwiastek. Mało w nim z romantycznej wizji, jaka na długi czas zakorzeniła się w kinie, pozostaje świadomy swojej mocy i nie ma skrupułów, jeśli chodzi o zmuszanie innych do wykonywania swojej woli. Należę również do tego obozu, który jara się wokalizacjami Skarsgårda, którego głos, akcent i cały język będzie mnie prześladował po nocach. To istota głęboko przerażająca i nieodgadniona, jakby zawieszona między naszym światem a jakimś piekielnym wymiarem. I ja tę inkarnację popularnego (anty)bohatera kupuję z całym dobrodziejstwem jego lucyferycznego inwentarza.

Nie można mówić o Nosferatu bez czołobitnych pochwał w stronę aktorskiego warsztatu wszystkich zaangażowanych w film. Rose-Depp nigdy nie była lepsza, niż jest właśnie tutaj. Choć ja nie byłem z tych wątpliwych, bo uwielbiłam Lily już od jej popisów w niedocenionym moim zdaniem serialu Idol (2023). Wielu pewnie widziałoby tutaj weterankę produkcji Eggersa, Anyę Taylor-Joy, i ta rzeczywiście początkowo miała wcielić się w Ellen, jednak musiała wycofać się z powodu napiętego harmonogramu. I bardzo dobrze, bo Rose-Depp wypada wybitnie przekonująco jako zdrowa na umyśle Ellen, a bryluje, gdy tylko opętuje ją piekielna złość. Cała reszta jest zresztą świetna i warto wydać kasę na bilet choćby po to, by oglądać aktorski kunszt.

Można tak chwalić i chwalić w nieskończoność, bo Eggers wydaje się podpisany z samym Diabłem o to, by każdy jego projekt filmowy przyćmiewał wszystko inne, co wychodzi w podobnym czasie. Nosferatu jest zatem dziełem nie tylko imponującym wizualnie, ale też kipiącym od uniwersalnych prawd, jak współczesny feminizm czy głęboka krytyka kapitalistycznego stylu życia przekładającego pracę pond międzyludzkie relacje. Straszy zarówno na poziomie pierwotnym, jak i wgryza się głęboko w nasze trzewia, wyciągając na wierzch nasze najskrytsze lęki. Dosłownie jak mityczny wampir. Jestem pewny, że Roberta Eggersa nie da się już twórczo przeskoczyć, choć starać się zawsze warto.

Oryginalny tytuł: Nosferatu

Produkcja: USA/Czechy/Wielka Brytania, 2024

Dystrybucja w Polsce: uip.com.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *