
Robię się już z tym nudny, ale po raz kolejny powtarzać muszę, że nic tak moim zdaniem nie szkodzi kinu grozy, jak natchnieni „artyści” i ich potrzeba tworzenia „sztuki”. A potem właśnie dostajemy takie niewypały, jak opisywane tutaj, które, choć mają w pudełku fajne klocki, ich twórcy postanowili rozrzucić je w nieładzie, by tylko nie powstało z tego coś sensownego. Każdy zna chyba takie tytuły, których ambicje i wysokie mniemanie twórców doprowadziły do tego, że chcemy je jak najszybciej wyprzeć z naszej świadomości.
Takim filmem jest właśnie Cuckoo Tilmana Singera, o którym w skrócie można powiedzieć, że jego twórca słyszał, że gdzieś tam coś kuka, ale nie mógł zlokalizować w której dziupli. Opisywany tu i ówdzie jako nowy, niezależny horror wymieszany z psychodelicznym thrillerem film okazuje się właśnie takim pseudoartystycznym bałaganem, który, choć ma swoje momenty, ostatecznie przynosi rozczarowanie, żadnej satysfakcji.
Hunter Schafer wciela się tutaj Gretchen, 17-latkę wciąż przeżywającą niedawną śmierć swojej matki. W rezultacie opuszcza Amerykę i przeprowadza się do Alp Bawarskich, aby zamieszkać z ojcem, Luisem (Marton Csokas), jego nową żoną Beth (Jessica Henwick) i ich niemą córką Almą (Mila Lieu). Niewiele wyjaśniając, Luis przenosi ich do niejasno zdefiniowanego górskiego kurortu, który jest prowadzany przez enigmatycznego Herr Königa (Dan Stevens). Jednak zmiana scenerii nie pomaga Gretchen. Jedyną rzeczą, która daje jej ukojenie, jest pozostawienie wiadomości głosowych na automatycznej sekretarce jej zmarłej matki.
Gdy rodzina zadomawia się w nowym miejsce, König oferuje Gretchen pracę jako recepcjonistka w swoim hotelu, aby pomóc jej się ogarnąć. Ale potem zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Są niesamowite piski dochodzące z pobliskiego lasu. W okolicy hotelu goście w dziwnym stanie katatonii wymiotują na wszystkie strony. I są jeszcze tajemnicze pętle czasowe, w które wpadają nasi bohaterowie. Oczywiście szybko dowiadujemy się, że w „kurorcie” Königa dzieje się o wiele więcej przerażających rzeczy.
Trzeba powiedzieć, że struktura filmu to chaos i bałagan. W całym tym worze nawrzucanych bez ładu i składu elementów kina gatunku znajdziemy zarówno rzeczy ciekawe, jak i totalnie zbędne, czasami żenujące, innym razem po prostu głupie. Podoba mi się przykładowo budowanie napięcie poprzez zabawę scenografią. A to długie ujęcie na ścianę lasu i świecące gdzieś w gęstwinie ślepia naprawdę sprowadzą ciarki na nasz kark, innym razem mamy świetną scenę z pogonią za bohaterką uciekającą rowerem i jedną z lepszych zabaw cieniem, jakie widziałem w kinie grozy. Takich perełek jest tutaj kilka i są one na tyle ciekawe, czy to wizualnie, czy koncepcyjnie, że rozumiem w pełni obrońców tego filmu.
Tyle tylko, że jedna kukułka filmu nie czyni! Cuckoo grzęźnie w morzu, a raczej bagnie, ambicji i chęci tworzenia „sztuki”, nie zaś kompetentnego horroru. Wydaje mi się, że Singer tak bardzo zamotał się w swoich planach wyjścia poza konwencję, że dał nam dzieło, do którego klucz interpretacyjny spuścił w toalecie już na etapie produkcji. O co tutaj naprawdę chodzi? Jak czytać dziwaczne przygody Gretchen? Czy to jakaś metafora? A może przewrotna krytyka obecnych czasów? No nie, to po prostu miks wszystkich pomysłów, jakie twórca albo podpatrzył u innych, albo zaprojejntkował je sobie w głowie. Tylko czy potrafił je sprawnie połączyć? No nie.
Podoba mi się jednak podejście do kreowania ujęć, w których kamera znajduje się pod bardzo agresywnym, małym kątem w porównaniu z naturalnym poziomem oczu, co powoduje niepokój i wrażenie, że cały czas coś jest nie tak. Czasami wydaje się to przesadne, jakby aparat był umieszczony w określonych pozycjach tylko po to, by odróżniać się od standardowego kina. Pomimo tego, że wszystko to pozbawione jest ładu i składu, przyjemnie patrzy się na te wszystkie zabawy z czasem, cieniem i osadzanie dźwięku w przestrzeni filmu. Wszystko to ustanawia widza w poczuciu surrealizmu i obcowania z jakąś taką baśnią dla dorosłych.
Czy jednak polecam? No nie, totalnie nie! Lepiej obejrzeć coś bardziej konwencjonalnego, narracyjnie transparentnego i spójnego. Cuckoo może i ma te kilka momentów zachwytu, ale w ostatecznym rozrachunku jest tylko kolejną bzdurą, efektem przerostu ambicji i chęci wyjścia poza konwenanse. A ja zawsze powtarzałem i powtarzać będę, że nic nie szkodzi dzisiejszemu kinu grozy, jak właśnie ci wszyscy artyści starający się wynaleźć przysłowiowe koło na nowo. Nie tędy droga moi drodzy. Ale jak wspomniałem, rozumiem, że będzie jakaś garstka widzów, którym film ten może się szczerze podobać. Ja do nich jednak nie należę.
Oryginalny tytuł: Cuckoo
Produkcja: USA/Niemcy, 2024
Dystrybucja w Polsce: primevideo.com

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
