Bunt syntezatorów – dlaczego ścieżka dźwiękowa „Terminatora” jest tak dobra?

Lata 80. naznaczone były ewidentnym wpływem szeroko pojmowanej elektroniki na przemysł muzyczny. Gdy tylko do szerokiego użytku weszły syntezatory, wielu twórców rzuciło się na nie jak głodny pies na kość. I jest to zrozumiałe.

Maszyny te dawały wiele więcej możliwości niż tradycyjny instrumenty i ułatwiały pracę, pozwalając tworzyć muzykę nawet osobom, które nie potrafiły na niczym grać. Także w sferze muzyki filmowej elektronika odcisnęła swoje trwałe piętno. Jednym z najbardziej chyba charakterystycznych soundtracków stworzonych przy użyciu tego typu sprzętu jest ten do Terminatora w reżyserii Jamesa Camerona z 1984 roku. Jego autorem był Brad Fiedel. Tak samo, jak film jest sztandarowym przykładem tech noir, tak samo muzyka w nim wykorzystana aż kipi od elektronicznych dźwięków, będąc klasycznym przykładem dzieła syntetycznego i prawdziwym świadectwem epoki, w jakiej powstał.

Terminator z 1984 roku to obraz wyjątkowy. Zapoczątkował jedną z najbardziej popularnych i zyskownych franczyz w kinie. Jest obecnie uważany za prawdziwą klasykę gatunku oraz pozycję kultową. Łączy ze sobą elementy kina science fiction, akcji i thrillera. Stał się też odskocznią do wielkiej kariery dla właściwie wszystkich ludzi zaangażowanych w jego powstanie. Od reżysera Jamesa Camerona, przez aktorów takich jak Arnold Schwarzenegger, Linda Hamilton, czy Michael Biehn, do wspomnianego wcześniej kompozytora Brada Fiedela. I na jego roli właśnie chciałbym się przede wszystkim skupić.

Od zawsze tym, czym imponował mi Terminator była jego duszna atmosfera. Jednym z czynników, jakie decydowały o stworzeniu tego klimatu była właśnie ścieżka dźwiękowa. Często tak się właśnie dzieje, że soundtrack jest nieodzownym i niezbędnym elementem potrzebnym do tego, aby wytworzyć w widzu odpowiedni nastrój. Terminator jest chyba jednym z lepszych tego przykładów. Film ten nie byłby bowiem tym, czym jest, gdyby nie wkład Fiedela.

Trudno o lepszą kombinację w kinie zwłaszcza science fiction, w której to obraz i muzyka tak bardzo do siebie pasują. Obie te składowe przenikają się i wynikają jedna z drugiej. Są jak jeden organizm, a każdy takt ścieżki odpowiada idealnie ekranowym wydarzeniom. Nawet tylko słuchając jej stają nam przed oczyma obrazy. Kompozytor maluje swoimi tonami wizje, które mogą pochodzić tylko z tego konkretnego świata.

A jest to świat mroczny i pełen niepokoju. To podskórne napięcie jest wyczuwalne od pierwszych minut soundtracku, jak i filmu. Jest to coś wręcz trudnego do opisania. To przemożne poczucie będące mieszanką strachu, alienacji i osaczenia. Terminator był dla mnie od początku właśnie studium osamotnienia w wielkim, zimnym mieście, gdzie trudno liczyć na zrozumienie i wybawienie. Elektroniczny morderca ścigający parę bohaterów jest tak nieprzenikniony oraz zdaje się całkowicie niezniszczalny, iż ucieczka przed nim wydaje się daremna.

Konfrontacja z metalicznym złem jest z góry skazana na porażkę. Motywy wykreowane przez Fiedela perfekcyjnie oddają te emocje. Rozpoczynają je powolne rytmy, zwiastujące nadciągające niebezpieczeństwo, by potem przejść w bardziej dynamiczne dźwięki, będące personifikacją panicznej ucieczki. Ta szaleńcza pogoń towarzyszy nam przez cały seans, znacząc każdy krok bohaterów nerwową grą o najwyższą stawkę. Jest to prawdziwy hołd złożony nieludzkiej sile, a główną zasługą Brada Fiedela było całkowite odhumanizowanie postaci Terminatora.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *