Surfer (2024)

Ze sportem nie mam praktycznie nic wspólnego, o czym świadczy już stan mojego ciała, ale jest jedna zajawka związana z ruchem, która towarzyszy mi od młodych lat – deska. Czy to kiedyś deskorolka, dziś już tylko snowboard i SUP, na desce czuje się w miarę okej i jestem z tych, którzy widzą w niej pewną filozofię życia. Gdybym pewnie mieszkał na wybrzeżu, choć raz w życiu spróbowałbym surfingu. Jednak mogę oglądać go przecież na ekranie kina.

Idąc na Surfera, spodziewałem się kolejnego odgrzewanego kotleta, prostego filmu zemsty będącego wręcz apoteozą kina gatunkowego i wpisującą się w popularny ostatnio, choć nie do końca przeze mnie rozumiany nurt „Cagesploitation”. Wiecie, kojarzycie Mandy (2018) i inne, badziewne horrory z Nicolasem Cagem w roli głównej. Całe moje szczęście polega na tym, że nie siedzę w kinie gatunku i często daje się zaskoczyć, wybierając się na film pozbawiony jakiejkolwiek o nim wiedzy. Tak właśnie było i tutaj.

Film Lorcana Finnegana wita nas złotymi piaskami, krystalicznie czystą wodą i bezkresem czystego nieba. Przytłaczająco wręcz nasycone kolory topią wszystko w halucynogennym, przyprawiającym o pot na czole  blasku. Australijskie wybrzeże jawi się jako swoisty raj nie tylko dla nas, ale również dla głównego bohatera granego oczywiście przez Cage’a. Ten niebiański krajobraz wkrótce stanie się koszmarnym testem wytrzymałości opartej o toksyczną męskość białych, uprzywilejowanych lokalesów.

Cage i jego syn (Finn Little) stają się ofiarami wykluczającej zasady „nie jesteś stąd, nie surfujesz”, która okazuje się fantastyczną mantrą powtarzaną przez zgromadzonych w religijnym klucie deski autochtonów. Główny bohater pozostaje jednak nieustępliwy, stawiając sobie surfowanie z synem za cel priorytetowy. Nie trudno zgadnąć, że popada on w konflikt z grupą mianującą się Bay Boys, który z minutą na minutę eskaluje coraz bardziej.

Nie będę walić tutaj spoilerami, bo Surfer łapie najlepszą falę wtedy, kiedy wpłyniemy w niego „w ciemno” (czego oczywiście nie można robić w prawdziwym życiu!). Powiem tylko, że osobiście spodziewałem się krwawej rozwałki będącej plażową wersją Johna Wicka czy wspomnianej już Mandy, dostałem jednak coś, co bliższe jest socjologicznej rozprawce o współczesnej roli mężczyzny. Wiecie, w świecie pełnym maczystowskich symulakrów, kipiącym maskulinizmem i opartym o perspektywę białego, hetero faceta, potrzebna jest taka stojąca w kontrze narracja o bardziej równościowej, lewicowej wrażliwości.

Seminarium to fascynujące, ale też i męczące, choć w tym dobrym, kinowym znaczeniu. Finnegan bowiem nie bierze jeńców, serwując nam prawdziwe piekło epoki klimatycznej katastrofy. Nieustająco lejący się z nieba żar, ciasne i duszne wnętrza rozgrzanych samochodów, woda pitna będąca towarem w rękach chciwych badylarzy czy parzący w stopy asfalt to wizja nam już nie tak daleka, ale wciąż przerażająca. Nic więc dziwnego, że te trudne warunki stają się idealnym placem zabaw i areną dla wysportowanych Chadów, Scally’ego (Julian McMahon), dla którego bycie mężczyzną nie jest tylko jakąś tam społecznie przyjętą konwencją, jest religią.

Współczesny maczyzm kłania się w pas kapitalizmowi, to jasne i nie trzeba skończyć wydziału socjologii, by to widzieć. Tymczasem Surfer w dość przewrotny sposób odwraca ten światowy trend, nadając swoim antybohaterom jakiś nadrzędny cel rekultywacji i trzymania w pierwotnym stanie tego kawałka ziemi. Ziemi, nad którą wisi przecież widmo zaorania przez lokalnych deweloperów, chciwych obszarników i całej reszty wolnorynkowych spekulantów. Jest w tym jakiś romantyzm, bo życie na plaży pełne jest podkręcanych psychodelikami rytuałów czy opartego na braterstwie zaufania. Do czasu jednak, bo wystarczy jednostka stawiająca czynny opór opresji, by cały ten system rozsypał się niczym zamek z piasku na, nomen omen, plaży.

To nie jest film, na którym wypoczniecie. Po seansie będziecie przeciorani twarzą po gorącym piachu, którego zgrzyt będzie dźwięczał Wam między zębami przez jakiś czas. Szaleństwo, które jednak czaruje niczym plażowanie w narkotycznym uderzeniu i kolejny udany wpis Cage’a w jego współczesnym dorobku filmowym. Surfowanie w stylu Gonzo, nawet jeśli końcówka może wydawać się nieco wyrwana z zupełnie innego filmu, to i tak warto dać się ponieść tej fali. A może uniesie Was tak wysoko, że poszerzy Waszą perspektywę postrzegania świata.

Oryginalny tytuł: The Surfer

Produkcja: USA/Australia, 2024

Dystrybucja w Polsce: monolith.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *