
W czasie wojny między Ateńczykami a Spartanami, mistrz olimpijski i nowo koronowany dowódca świętej gwardii, Filipides, zostaje poproszony o powstrzymanie perskiego natarcia. Teokrates knuje, że jeśli on i Creusis (obaj członkowie Rady Ateńskiej) mogą kontrolować świętą straż, mogą rządzić Atenami. Po przypadkowym spotkaniu z Andromedą, córką Creusisa, Phillipides natychmiast się w niej zakochuje. Jest jednak obiecana ambitnemu i nikczemnemu Teokratesowi.
Brzmi to, jak pokręcenie z poplątaniem, wiem, ale w końcu mówimy o epickim w swych założeniach i opartym na greckiej mitologii kinie miecza i sandałów. To coś, co śmiało mogę uznać za Grę o tron (2011-19) włoskiego przemysłu filmowego, tylko jeszcze bardziej zagmatwanego, bo każdy film autonomicznie opowiadał swoją wizję mitycznych czy historycznych wydarzeń.
Bitwa pod Maratonem jest sztandarowym przykładem właśnie takiego kina, zwanego potocznie peplum. Już za kulisami filmu kryją się godne uwagi nazwiska. Film wyreżyserował starzejący się Jacques Tourneur, słynny twórca kina grozy spod znaku Ludzi-kotów (1942) czy Wędrowałam z zombie (1943). Za zdjęcia do filmu odpowiadał zaś nie kto inny jak sam maestro horroru Mario Bava. Na papierze wszystko zatem gra w najlepsze.
Bo nawet jeśli Steve Reeves był już swoistą marką w świecie tych wszystkich Herkulesów, nie znaczyło to, że jest dobrym aktorem. Większość część czasu pręży się niezręcznie, choć jego ciało ewidentnie zostało nadgryzione już zębem czasu, przez co nieco odstaje od innych, bardziej krzepkich herosów kina miecza i sandałów. Do tego jego dubbingowany głos wypada okropnie, a dialogi, jakie wypowiada, są na poziomie taniego filmu pornograficznego.
Wspomniany Mario Bava nie został nawet wymieniony w czołówce jako współreżyser, choć jego wkład w zdjęcia i większość efektów specjalnych jest wyczuwalny gołym okiem. Jest tutaj oczywiście kilka bardzo plastycznych, tętniących kolorem kadrów, które mogą zachwycić nawet dziś. W końcu moda na piękne kobiety stojące na tle zielonej, bujnej roślinności i kolorowych kwiatów nigdy nie przeminie!
No i jak na dzieło zrodzone z pracy dwójki ludzi znanych ze swoich osiągnięć na poletku kina grozy, Bitwa pod Maratonem jest filmem dość brutalnym. Widać to najlepiej w ostatnim akcie filmu, który skupiony jest praktycznie w całości na wielkiej bitwie. Ta dzieje się zarówno na ziemi, jak i morzu, gdzie perskie statki ostrzeliwane są płonącymi włóczniami. Robi to wszystko wrażenie, jest odpowiednio epickie i, jak wspomniałem, zaskakująco jak na gatunkowe ramy brutalne.
Poskarżyłem się trochę na Reevesa, ale w filmie jest jeszcze Mylene Demongeot. I powiem szczerze, jest ona jedną z najpiękniejszych gwiazd, które pojawiły się w tych tamtych filmach! Plus wydaje się nie nosić niczego pod swoim skąpym strojem… A jak wiemy, nikt tak nie podnosi filmowego tętna co mężni wojacy, piękne kobiety, smoliście czarne charaktery i porządna dawka akcji.
I Bitwa pod Maratonem te wszystkie składowe posiada, co czyni ją jednym z lepszych przedstawicieli nurtu peplum. Kurde, tutaj nawet jest łódź z najeżoną kolcami „paszczą”! Dzieje się dużo i jest czym cieszyć wzrok, a tego chyba oczekujemy od kina, którego naturalnym środowiskiem jest telewizor przy niedzielnym obiedzie wraz z rodziną. Od siebie mogę z czystym sercem polecić, szczególnie tym, którzy cenią sobie status Bavy jako twórcy wyłącznie kina grozy.
Oryginalny tytuł: La Battaglia di Maratona
Produkcja: Włochy/Francja, 1959
Dystrybucja w Polsce: BRAK

Życiowy przegryw, który swoje kompleksy leczy wylewaniem żalu w internecie. Nie zawsze obiektywnie, ale za to szczerze.
