Ironheart (2025)

Kto by pomyślał, że powszechnie krytykowany, będący na celowniku wszystkich tych zboczonych na prawo, dobrych chrześcijan serial od Marvela sprawi mi tyle frajdy. I to wszystko z uwagą na fakt, że Marvel jako filmowo-serialowe uniwersum przestał mnie ekscytować po pamiętnej walce z Thanosem, zresztą jak większość ludzi. Ale no jak widać, życie bywa zaskakujące i przyjemność przychodzi czasami z miejsca, w którym na pierwszy rzut oka nawet jej nie dostrzegamy.

Ironheart jest łatwym celem do bicia. W końcu to serial tej fazy MCU, kiedy jeszcze Disney miał się za piewcę postępowych, lewicowych i społecznie sprawiedliwych wartości. A jak wiemy, konserwatywne środowiska, choć w wyraźniej defensywie, na całym świecie krzyczą coraz głośniej i radykalizują się w zastraszającym tempie. Dlatego też wystarczy fakt, że w serialu pojawiają się postacie o innym odcieniu skóry, niż śnieżnobiały czy kontestuje się binarne definiowanie płci, by dupy zaczęły pękać z niosącym się przez świat echem.

Serial ten toruje drogę Riri Williams do wpisania się z hukiem w panteon MCU, niezależnie od tego, czy pozostanie na małym, czy trafi z powrotem na duży ekran. Jej bohaterka zostaje okradziona z możliwości bycia młodym geniuszem tego uniwersum, który ma obsesję na punkcie Tony’ego Starka. Po całej trylogii Petera Parkera Toma Hollanda jako protegowanego Iron Mana Riri wkracza do niesprawiedliwej bitwy o swoją pozycję, chociaż myślę, że dwójka ta prawdopodobnie byłaby sojusznikami w jakimś innym scenariuszu w ramach tego samego świata.

Na szczęście nikt tutaj nie stara się być kalką innej, męskiej postaci. Dominique Thorne dosłownie uosabia pełnego emocji i ognistego ducha Riri. Trochę tak, jakby to była jej druga natura. Jej postać posiada również niesamowitą zdolność nawiązywania chemii ze wszystkimi przewijającymi się na ekranie postaciami. Nawet wtedy, gdy rozmawia z własnym konstruktem A.I. w metalowym kombinezonie. Choć jest to trochę umowne traktowanie problemu sztucznej inteligencji, bo i tak prezentowana jest ona tutaj pod ludzką postacią Natalie (Lyric Ross) i to ta relacja stanowi emocjonalną lokomotywę serialu.

Ale rozumiem doskonale, że w dzisiejszym świecie, który przeżywa rozwój sztucznej inteligencji, wszystko to, co przedstawione w serialu, może wydawać się bardzo aktualne. I choć tak, jak wspomniałem, jest to raczej taka popowa wariacja na temat AI, to jej mocne powiązanie z postacią Riri wzbudza jakieś tam pytania o świadomość i empatię sztucznej inteligencji, które w MCU podzielały takie postacie, jak Ultron (trochę mniej empatii) czy Vision (trochę więcej empatii). Pozwala to tak przeciętnej w swojej konstrukcji historii, jaką jest Ironheart, zabłysnąć i wierzę, że dla wielu będzie to najjaśniejsza część serialu.

Jednak serial posiada niestety dwie główne wady. Po pierwsze główny antagonista, choć castingowo jest super i Anthony Ramos jako The Hood na ekranie wypada naprawdę spoko, tak brakuje mi w nim trochę więcej mięsa. Być może jakby twórcy zdecydowali się na jeden lub dwa odcinki więcej, postać ta mogłaby obrosnąć większą ilością narracyjnego tłuszczu, co tylko byłoby wartością dodaną dla nas, widzów. Po drugie właśnie całości brakuje scenariuszowego paliwa, bo choć lubię skondensowane seriale, tutaj widocznie te dwa odcinki mógłby nadać wszystkiemu odpowiedniej estymy i gładkości w opowiadaniu historii. Tak czujemy, że lecimy trochę po łebkach.

Dobra, czas jednak powiedzieć o tym, co czyni Ironheart gorącym ziemniakiem i wydanym ukradkiem zwieńczeniem piątej fazy Marvel Cinematic Universe. Serial jest postępowy i to widać gołym okiem od jego pierwszych minut. Postępowy mam na myśli oparty na mocno lewicowej wrażliwości, oddający osobom Czarnoskórym zawłaszczone obszary kultury popularnej, traktujący płeć jako całe spektrum i jawnie uderzający w reprezentowany przez białą, uprzywilejowaną klasę wyższą kapitalizm. Myślę, że duża w tym rola Ryana Cooglera jako producenta, bo gość jest autentycznie zaangażowany w walkę o społeczną sprawiedliwość. I bardzo dobrze, ja w tej walce jestem sojusznikiem.

Dlatego też nie można powiedzieć, że taki Diabeł straszny, jak go prawica maluje. Ironheart nie jest dziełem przełomowym ani choćby tak dobrym, jak nieco starsza To zawsze Agatha (2024), ale trzyma się mocno i naprawdę działa jako podbudówka pod kolejną, interesującą postać, dla której ludzie jeszcze do tego wyświechtanego uniwersum będą wracać. Fajnie, że MCU coraz bardziej schodzi do poziomu ulicy, eksplorując bardziej intymne, osobiste rzeczy. Nie ma co narzekać, serio, po całej tej fali hejtu spodziewałem się czegoś gorszego, a wyszło naprawdę spoko!

Oryginalny tytuł: Ironheart

Produkcja: USA, 2025

Dystrybucja w Polsce: disneyplus.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *