
Mówią, że jedno przytulenie jeszcze nikogo nie zabiło. Max Kalmanowicz ma jednak inne zdanie – w jego wizji jeden dziecięcy „przytulas” oznacza śmierć w męczarniach. The Children, bo taki tytuł nosi film wspomnianego wyżej jegomościa, przelewa tą chorą wizje na ekran. Na tym nie koniec, bo robi to na tyle dobrze, że miejscami uważałem go nawet za duchowego spadkobiercę Night of the Living Dead (1968) Georga A. Romero. Teza odważna, nie powiem, dzieło amerykańskiego mistrza makabry uważam przecież za pozycje topową, ale już śpieszę z wyjaśnieniem.
Akcja filmu Kalmanowicza przenosi nas do fikcyjnego miasteczka Ravensback w Nowej Anglii, a w zasadzie do położonej niedaleko niej elektrowni atomowej, gdzie dwóch robotników, bada przyczynę spadku ciśnienia w jednym z reaktorów. Kiedy niczego nie znajdują, postanawiają się ulotnić, podobnie jak toksyczna chmura, która zaczyna zmierzać w stronę miasta. W międzyczasie poznajemy miejscowego szeryfa, który sili się na zaloty do kelnerki z jadłodajni, jego zastępcę, śliniącego się do córki farmera i wypełniony dziećmi szkolny autobus wjeżdżający w radioaktywny gaz, zmieniający tych rozczulających uczniów, w roztapiających dotykiem zombie-mutantów.
Tak, wiem – brzmi absurdalnie. Szkolny autobus, radioaktywny gaz i dzieci-zombie, ale parafrazując klasyka: „nie liczy się jak się zaczyna, tylko jak się kończy”. No więc, czy ten pokręcony początek doprowadzi nas do równie pokręconego rozwinięcia? O dziwno nie i wcale nie jest to wada, powiem nawet więcej, jest to coś co zauroczyło moje filmowe gusta. Tam gdzie inni rozlewają hektolitry sztucznej krwi, Kalmanowicz zwalnia, buduje napięcie i wychodzi mu to nadzwyczaj dobrze.
Ravensback i jego mieszkańcy stają się głównym bohaterem całej historii. Ich dramat staje się centrum akcji, a dzieci, których rozpaczliwie poszukują – niespodziewanym zagrożeniem. Tak jak Romero w swoim ponadczasowym dziele umieszcza nas w opuszczonym domu z kilkoma nieznajomymi, tak samo The Children za sprawą wszechobecnych gęstwin i lasów, tworzy ze swojego fikcyjnego miasteczka klaustrofobiczną pułapkę bez wyjścia. Jednak tam, gdzie twórca Night of the Living Dead sili się na komentarz społeczny, Kalmanowicz rzuca nam swoich przerysowanych bohaterów i każe obserwować szaleństwo rozgrywające się na naszych oczach.
No bo ten film tym właśnie jest – szaleństwem, w dodatku cholernie hipnotyzującym. Mógłbym przecież wysilić się na jakieś porównania, alegorie, które niewątpliwie można tutaj znaleźć choćby i w samym tytule, ale skłamałbym jeżeli stwierdziłbym, że dlatego tak wychwalam The Children. To nie jest film, który dał mi do myślenia, a raczej laurka, która za sprawą swojego klimatu, licznych odniesień i stylistyki, przeniosła mnie do czasów kiedy pierwszy raz zetknąłem się z twórczością Romero, dzięki czemu stałem się jednym z tytułowych dzieci.
Tak, wiem że to absurdalne, że takie filmy potrafią wywołać we mnie jakąś nutkę nostalgii, ale krótko po obejrzeniu The Children skomentowałem je następującymi słowami: „To było najprzyjemniejsze filmowe doświadczenie jakie w ostatnim czasie doświadczyłem”, bo w tym pędzie, warto się czasem zatrzymać, odmóżdżyć, wrócić wspomnieniami do przeszłości, a potem ruszyć dalej, a to Pan Kalmanowicz mi umożliwił, za co bardzo dziękuję.
Oryginalny tytuł: The Children
Produkcja: USA, 1980
Dystrybucja w Polsce: BRAK

Wielbiciel kiepskich slasherów z lat osiemdziesiątych, włoskiej eksploatacji i Sylvestra Stallone.
