
Na nowego Wesa Andersona szedłem raczej z takim „meh” na twarzy. Po jego netflixowych produkcjach i Asteroid City (2023) nastawiałem się na kolejną, pocieszną, acz nieco już męczącą pracę, która zachwyci mnie wizualną otoczką i wyparuje z głowy szybciej, niż sam bym tego chciał. Życie jednak po raz kolejny pokazało, że może mnie jeszcze czymś zaskoczyć. I choć Fenicki układ jest tym, czego się można po Wesie spodziewać, posiada w sobie pokłady świeżości, które wybijają go ponad „kolejny film Andersona”.
Jeśli nie chce się Wam czytać dalej tej psuedorecenzji, co jeśli macie choć krztę rozumu jest w pełni zrozumiałe, to powiem już na tym etapie, że nowy Anderson pozwala sobie na więcej szaleństwa. Nie tylko pod względem estetyki, bo film wydaje się nieco bardziej „artsy” w porównaniu do poprzednich prac, ale również brutalności, dzikości, żartu i społecznego komentarza. Wiadomo, nie jest to nic, czego w kinie nie widzieliśmy, ale jeśli zawężamy je do działalności Wesa, można się szczerze zaskoczyć.
Film opowiada o Anatole „Zsa-zsa” Kordzie, bezwzględnym potentacie granym przez Benicio del Toro. Zsa-zsa jest tak nieprzyzwoicie bogaty i wpływowy, że nie potrzebuje paszportu ani praw człowieka (jego słowa) i jest tak nastawiony na zarabianie hajsu, że podchodzi do ojcostwa w taki sam sposób, jak do gry na giełdzie. Zabezpieczając swój kapitał, adoptuje kolejnych synów, aby zmaksymalizować prawdopodobieństwo, że jeden z nich okaże się tak sprytny, jak Einstein.
Zsa-zsa ma zamiar rozpocząć ogromny, wielopłaszczyznowy projekt, jednak szósta próba zamachu na jego życie doprowadziła go do podjęcia decyzji, że potrzebuje spadkobiercy. Widzi go w swoim najstarszym dziecku, wyobcowanej córce Liesl (Mia Threapleton), którą schował w klasztorze, gdy była młoda, aby trzymać ją „z dala od chłopców”. Powrót dziewczyny na łono rodziny zmusi ją nie tylko do przeredagowania swojej wiary w kościół, ale również relacji z ojcem i odkrycia pewnej trapiącej ją tajemnicy.
Podróż w poszukiwaniu kapitału jest dla Andersona plastyczną wymówką, by wyśmiać zarówno amerykański establishment, europejską oligarchię i merkantylność kościoła katolickiego. W sumie cały film to taka pochwała najważniejszej, wedle refleksji Marksa, wartości, jaką człowiek ma w życiu. Wszak finalnie, i nie będzie to wielki spoiler, Wes dosadnie uświadamia nas, że prawdziwe zbawienie nie leży ani w okowach chrześcijaństwa, ani w napędzanej egoizmem chęci bogacenia się, tylko w powrocie na łono proletariatu. W końcu rezygnacja z własnej siły roboczej jest równoznaczna z alienacją swojej natury.
Cała reszta przedstawionej historii to jakiś bełkot jak to u Wesa od czasów Kochanków z Księżyca. Moonrise Kingdom (2012) i wydaje się ona niczym wyrwana z jakiejś umownej kreskówki. Jest tutaj jakiś spisek, rodzinna intryga, ale wszystko to prowadzi tylko do wrzucania widza w kolejne, mniej lub bardziej malownicze scenerie, których „malowanie” interesuje reżysera bardziej, niż wypełnianie ich fabułą. Szczerze? Nawet nie wiem, na jakiej zasadzie miało działać finansowanie projektu głównego bohatera i sam Wes chyba też miał to gdzieś. Ważne, żeby co jakiś czas wyświetlały nam się czytelne procenty na ekranie jakiegoś retro komputera.
Mówiąc w drugim akapicie o byciu bardziej „artsy” miałem na myśli chytry z punktu widzenia filmowej narracji cios ze strony Andersona. Mowa oczywiście o dynamicznej relacji ojca i córki. Po każdej nieudanej próbie zamachu Zsa-zsa doświadcza czarno-białej wizji śmierci – otrzeźwiające spojrzenia na jego spuściznę, które sprawiają, że jest bardziej podatny na moralizujący wpływ Liesl na Ziemi. Jego stopniowe zmiękczanie jest wzruszające, a Threapleton pogłębia ten efekt, sygnalizując podobną wrażliwość i zmianę pod dość surowym fizis swojej bohaterki.
Fenicki układ jest spoko, bo jak na film Andersona, naprawdę daje nam coś więcej, niż tylko kolaż prostych emocji i pięknych obrazków. Wciąż jestem większym fanem jego wczesnych rzeczy, z Rushmore (1998) czy Genialnym klanem (2001) na czele, ale ta ostatnia wizyta w kinie mnie szczerze i pozytywnie zaskoczyła. No i jest to jakiś krok w stronę, w której Anderson może wyjdzie ze swojej narracyjnej bańki i dam nam coś, co na nowo rozpali ogień ekscytacji jego pracą. W końcu wychodzenie ze strefy komfortu jest zdrowe również w tym twórczym ujęciu.
Oryginalny tytuł: The Phoenician Scheme
Produkcja: USA/Niemcy, 2025
Dystrybucja w Polsce: uip.com.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
