
Tyle narzekam na nurtu slasher, jaki to on nie jest płytki, jaki odtwórczy i prostacki, a od czasu do czasu z wielką przyjemnością sięgam po kolejne, nawet te mniej znane tytuły go reprezentujące. Może to jakieś skryte we mnie sadomasochistyczne pobudki albo po prostu lubię od czasu do czasu zaserwować sobie takiego intelektualnego hamburgera.
Cały myk polega jednak na tym, że opisywany tutaj przeze mnie Las nie przypomina standardowego slashera, jakimi przecież lata 80. obrodziły nam w pełni. Oczywiście, pewne podstawy tutaj znajdziemy, jednak prócz obozowiczów mordowanych w tytułowej kniei przez będącego zawsze o krok mordercę, twórca popycha swoją z pozoru sztampową opowieść w rejony, w które wielu innych nie miałoby odwagi nawet spojrzeć. Zainteresowani? Zapraszam do dalszej lektury!
Jako wielki entuzjasta pieszych wędrówek i spędzania czasu na świeżym powietrzu wprost uwielbiam otwarcie tego filmu. Widzimy w nim bowiem ogrom kalifornijskiego lasu w panoramicznym ujęciu kamery, po którym przechadza się ledwo widoczna para turystów. Wszystkiemu towarzyszy osobliwy, funkowy motyw muzyczny. Coś, co zaczyna się jak rubaszna komedia romantyczna, szybko przeradza się w pełnokrwisty horror, gdy czające się między drzewami zło atakuje.
Po tym jakże schematycznym wstępie poznajemy właściwych bohaterów, dwie pary, Steve i Sharon oraz Charlie i Teddi. W czwórkę postanowili wybrać się na urlop do feralnego lasu. Dziewczyny już pierwszego wieczoru biwaku spotykają… duchy dzieci, by później skonfrontować się z ich równie niematerialną matką. O co w tym wszystkim chodzi? Jaki związek mają te tajemnicze byty z zamieszkującym las kanibalem? Te pytania zostawiam już Wam, albowiem zachęcam Was, byście po Las sięgnęli.
Zobacz cały film poniżej:
No dobra, kanibale i duchy nie są częstym widokiem w nurcie slasher, choć już na papierze zapowiadają fantastyczną rozrywkę. Zacznijmy więc od tego, co sugerować może obecność ludożercy w filmie i po co tak naprawdę wielu z nas sięga po te filmy – od morderstw i sekwencji gore. I tutaj muszę Was rozczarować, bo Las jest w tej materii dość pruderyjnym slasherem. Ktoś tam komuś poderżnie gardło, ktoś kogoś dźgnie myśliwskim nożem, ale nie jest to nic imponującego i zapewne przez mikry budżet twórcy starają się skrywać co brutalniejsze momenty poza naszym wzrokiem. Trochę szkoda, bo kiedy film wchodził na ekrany kin, poprzeczka w temacie tym była już dość wysoko.
Kłuje w oczy również montaż, bo ten szaleje do tego stopnia, że produkcja ta może wydawać się nieco nieczytelna. Raz mamy dzień, raz noc, by minutę później znów wszystko rozświetliły promienie południowego słońca. Można na to narzekać, ale nie zapominajmy też, że nie jest to produkcja w pełni profesjonalna, a stół montażowy zapewne okazał się ostatnią deską ratunku, by film ten w ogóle trafił do dystrybucji. Przymknijmy więc oko na wszystkie mikrobudżetowe bolączki, nie o to chodzi w kinie, by wyśmiewać i wytykać palcem.
Bo ja Las naprawdę lubię! Co więcej, uważam, że jeśli chodzi o ten trzeci szczebel piramidy amerykańskiego slashera, to wypada on naprawdę ciekawie! Przede wszystkim główny zły, zdziczały morderca imieniem John (w tej roli aktor i kaskader Gary Kent), jest na tyle charakterystyczny, że zapadnie Wam w pamięci na długo. Miast wielkiego osiłka w masce wzorem Jasona czy innego Cropsy’ego, mamy po prostu rednecka w czapce truckerce, koszuli w kratę i dzierżącego wielki, myśliwski nóż. Z oczu patrzy mu się dobrze, więc pewien kontrast zostaje zachowany. A ja właśnie takich niejednoznacznych antybohaterów lubię najbardziej.
Do puenty jednak. Fani slasherów, którzy wyszli poza popularniejsze tytułu tego nurtu, pewnie Las znają. Czy sobie cenią? Tego nie wiem, nie każdy jest takim fetyszystą oglądania na ekranie ludzi spędzających czas w naturze, jak ja. A tej jest tutaj sporo, bo kamera co jakiś czas zatrzymuje się, a to na jakimś ładnym pejzażu, a to na pszczołach wykonujących swoją pszczelą robotę. Jest charakterystyczny morderca, jest cieszące oko miejsce akcji, kilka galonów sztucznej krwi i jakiś tam nawet wyraźny ukłon w stronę girl power. Czy muszę mówić coś więcej?
Oryginalny tytuł: The Forest
Produkcja: USA, 1982
Dystrybucja w Polsce: red-carpet.pl

Życiowy przegryw, który swoje kompleksy leczy wylewaniem żalu w internecie. Nie zawsze obiektywnie, ale za to szczerze.
