
Ludzie boją się wody. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu z nich. Konkretnie chodzi o lęk przed głębokością. Jest on irracjonalny, dlatego nosi nazwę talassofobii. Kino światowe niejeden raz eksplorowało tę ludzką słabość. Wystarczy czasem tylko ujęcie spod wody wśród jakichś wodorostów, aby wzbudzić dreszcze na czyichś plecach. Tak właśnie zaczyna się amerykański horror z 1980 roku zatytułowany Humanoidy z głębiny.
Twór ów występuje również pod nazwą Monster i taki nawet widnieje w napisach otwierających, ale bardziej znany jest właśnie pod tytułem Humanoidy z głębiny. Jest on także o wiele bardziej adekwatny do fabuły. Film rzeczywiście opowiada o pewnej rasie humanoidalnych stworzeń, które upodobały sobie środowisko wodne.
Intryga zaczyna się w sposób typowy dla filmów typu creature feature. Oto w okolicach rybackiej wioski Noyo w Kalifornii zaczynają ginąć w niewyjaśnionych okolicznościach ludzie. Liczba ataków ciągle rośnie, a ci, którym udało się wyjść z nich żywcem, opowiadają o przerażających stworach, które mają być ich autorami. Jak się zdaje, potwory te szczególnie upodobały sobie płeć piękną. Napaści bowiem mają często charakter seksualny.
Tymczasem jak się okazuje, pewna firma o nazwie Canco, otworzyła w okolicy fabrykę konserw. Chcąc zwiększyć sprzedaż, placówka prowadziła pewne eksperymenty z hormonami wzrostu na łososiach. Część z nich uciekła na wolność, gdzie padły ofiarą większych ryb. To w rezultacie doprowadziło do powstania mutacji, której efektem stały się humanoidy, atakujące mieszkańców osady.
Zobacz zwiastun poniżej:
Humanoidy z głębiny przypomina inne filmy tego rodzaju. Ktoś się skrada, ktoś ginie, ktoś ma teorię i podejrzewa, co się stało, ale nikt mu nie wierzy. Dopiero jak potwory się ujawniają, nie ma wątpliwości, o co chodzi. Tutaj trzeba przyznać, że reżyserka Barbara Peeters nie buduje suspensu i dość szybko odkrywa karty, ukazując nam stwory. Może nie w całości, ale mimo wszystko od razu wiadomo, że chodzi o jakieś mutanty. Są to hybrydy ludzko-rybie z wielkimi mózgami, które powstały w wyniku ludzkich zabaw w Boga. Innym faktem zwracającym uwagę jest sama reżyserka, a konkretnie to, że jest kobietą.
Na ogół bowiem produkcje podobnego typu wychodzą spod męskiej ręki. Jej wersja dzieła różniła się z resztą od ostatecznej. Za powstanie produkcji odpowiedzialny był tak naprawdę Roger Corman, znany z tworzenia obrazów klasy B. Również w tym przypadku chciał, by film miał bardziej eksploatacyjny charakter. Pewne sceny zostały więc dokręcone bez wiedzy Peeters oraz reszty ekipy. Wzbudziło to ich naturalny gniew i sprzeciw.
Tym bardziej biorąc pod uwagę, jak wiele golizny pojawia się w filmie. Fan serwis stoi na wysokim poziomie, co w sumie w tanim dziele o potworach nie powinno dziwić. Jest ono może i tanie, ale trzeba przyznać, że jeśli chodzi o kwestie kostiumów ludzi-ryb to naprawdę się postarano. Wyglądają one porządnie i są w stanie autentycznie przestraszyć. Efekt ten osiągnięty jest w dużej mierze dzięki nadnaturalnie długim quasi krabim kończynom.
Monstra straszą też swoimi motywami, wśród których wyróżnia się głównie prokreacja. Jest tu też także zatem coś dla fanów międzygatunkowego rozrodu i kinky klimatów. Niewątpliwie celem Cormana była chęć przyciągnięcia widzów filmem o ohydnych kreaturach, napastujących kobiety. Pomijając ten fakt, Humanoidy z głębiny to nadal ciekawa pozycja na mapie głębinowego horroru, która wyróżnia się przede wszystkim jakością wykonania potworów, brakiem dłużyzn oraz całkiem efektowną finałową sekwencją walki z kreaturami.
Oryginalny tytuł: Humanoids from the Deep
Produkcja: USA, 1980
Dystrybucja w Polsce: primevideo.com

