Góra boga kanibali (1978)

Dla wielu fanów włoskiego kina gatunku nurt horroru kanibalistycznego zaczyna się na Cannibal Holocaust (1980), a kończy na Cannibal Ferox (1981). Coś w tym jest, choć ja należę do tych osób, które w jakiś sposób cenią sobie te wcześniejsze, poprzedzające dominację Deodato tytuły. Jednym z nich jest Góra boga kanibali z 1978 autorstwa prawdziwego kozaka, jeśli chodzi o włoskie kino, Sergio Martino. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na wycieczkę w samo serce zielonego piekła.

Kanibalizm stanowi społeczne tabu, ale już dla szeroko pojmowanej popkultury jest bardzo atrakcyjnym, nomen omen, kąskiem. Przez wiele lat motyw ten przewijał się przez wszystkie media, osiągając swój szczyt wraz z premierą kultowej już Teksańskiej masakry piłą mechaniczną (1974). Ale akt spożywania ludzkiego mięsa był najczęściej tylko zasugerowany albo odbywał się gdzieś poza okiem kamery, był na narracyjnych peryferiach.

Jednak Włosi jak to Włosi, lubią wyprzedzać innych i już w latach 60. dali światu niechlubny nurt kina Mondo, który w całej swej makabrycznej fascynacji często pokazywał kanibali właśnie. Film Martino jest jego naturalnym rozwinięciem, choć nikt tutaj nie stara się nam wmówić, że przedstawione na ekranie wydarzenia miały miejsce naprawdę. To po prostu oparta na eksploatacyjnych wartościach rozrywka, która usilnie chce przekraczać granice tego, co przyzwoite, smaczne i społecznie akceptowalne.

Historia podąża za Susan Stevenson (Ursula Andress) i jej bratem Arthurem (Antonio Marsina). Oboje korzystają z pomocy profesora Edwarda Fostera (Stacy Keach), aby zlokalizować zaginionego antropologa i męża Susan w dżungli Nowej Gwinei. Wiadomo, jak sama nazwa wskazuje, nasza ekspedycja po przedarciu się przez pełną śmiertelnych zagrożeń dżungle dociera do tytułowej góry, która okazuje się domem dla krwiożerczego plemienia lokalnych kanibali.

ZOBACZ CAŁY FILM TUTAJ.

Jak wiele innych filmów tego zapomnianego już dziś nurtu, także dzieło Martino dzisiaj wrzałoby od kontrowersji. Po pierwsze film ma bardzo imperialistyczną, białą optykę. Głównymi bohaterami są oczywiście biali, bogaci i piękni ludzie, którzy stają się kagankiem cywilizacji rozświetlającym ciemną i parną dżunglę. Naprzeciwko im stają tubylcy, rdzenni mieszkańcy prezentowani jako krwiożercze dzikusy, dla których codziennością są gwałty (na zwierzętach również) oraz brutalne rytuały zwieńczone aktami kanibalizmu. Często po prostu jedzeniem surowego mięsa z ciepłego jeszcze ciała. No ale cóż, takie czasy, tacy twórcy i taka widownia.

Po drugie, co wciąż przyprawia mnie o frustrację, jest to, że Martino używa wiele autentycznych nagrań przemocy wobec zwierząt. Stanowi to oczywiście naleciałości pod wspomnianym nurcie Mondo, ale także jest tanim sposobem na wywołanie efektu szoku u widowni. Tak, jak w przypadku Cannibal Holocaust, tutaj twórcy też tłumaczyli się spożyciem zamordowanego zwierzęcia po całym nagraniu, ale mnie ten argument wciąż nie przekonuje. Każda forma przemocy wobec zwierząt nie ma racjonalnego wytłumaczenia i każda winna być sankcjonowana ostrzej niż ten sam akt przeciwko człowiekowi. Ale nie o prawach zwierząt, choć się zagotowałem.

Prawdziwy kanibalizm pojawia się dopiero po około godzinie i piętnastu minutach seansu, ale poprzedza go zaskakująco satysfakcjonująca wędrówka przez dżungle Nowej Gwinei. Wszystko dzięki stale rosnącemu napięciu. Fani Bonda będą zadowoleni, widząc Ursulę Andress w roli głównej, chociaż napisana dla niej rola jest czasami niespójna. Zdjęcia Giancarlo Ferrando dostarczają naszym oczom pięknie zainscenizowane ujęcie rozległej, bezlitosnej dżungli, ale film błyszczy w ostatnich 30 minutach z tymi fantazyjnymi aranżacjami jaskiń kanibali. W końcu to film, w którym dostajemy wyjątkowo nieprzyjemnego, niskorosłego kanibala!

Góra boga kanibali jest przede wszystkim filmem satysfakcjonującym na tych pierwotnym poziomie, łechtając nasze obszary mózgu, które domagają się krwi i seksu. Wiadomo, nie jest to ani tak głębokie, jak Cannibal Holocaust, ani tak dehumanizujące, jak Ferox, ale swoje eksploatacyjne założenia spełnia w stu procentach. I to chyba odpowiednia rekomendacja, bo w sumie widzowie, którzy nie są zainteresowani włoskim kinem gatunku w jakimś takim szerszym ujęciu, nie mają tutaj czego szukać. A jeśli jakimś cudem się napatoczą na ścieżkę wytyczoną przez Sergio Martino, ich żołądki zostaną wystawione na prawdziwą próbę!

Oryginalny tytuł: La Montagna del dio cannibale

Produkcja: Włochy, 1978

Dystrybucja w Polsce: flixclassic.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *