
Drzewiej w kinematografii popularne były dzieła spod znaku creature feature. W ich centralnym punkcie stały jak sama nazwa wskazuje różne kreatury. Filmy te pełniły funkcje raczej lekkiej i nieangażującej rozrywki dla szerokich mas odbiorców.
Były lubiane i przynosiły określone dochody, dlatego powstawało ich sporo. Wspomniane kreatury miały różną naturę i genezę, ale najczęściej ich pochodzenie było quasi zwierzęce. Istnieje jednak obraz, którego twórcy postanowili nieco zmienić ten trend i stworzyli dzieło, w którym zagrożeniem dla ludzkiej rasy stały się rośliny. Filmem tym jest Dzień tryfidów z 1963 roku.
Wszystko zaczyna się, gdy pewnego wieczora na Ziemię spada deszcz meteorytów. Na całym świecie ludzie obserwują ów spektakularny pokaz. Nie wszyscy jednak. Jednym z nich jest marynarz Bill Masen (Howard Keel), który czeka właśnie w szpitalu na zdjęcie opatrunku z oczu. Następnego dnia okazuje się, że wszyscy świadkowie zapierającego dech widowiska z poprzedniego wieczoru stracili wzrok. Świat pogrąża się w kompletnym chaosie.
Nikt nie wyrzuca śmieci, nikt nie piecze, bułek, psy i koty żyją razem. Jedynie wąska grupa ludzi nadal widzi. Z czasem dostrzegają oni, że dzieje się coś dziwnego. Krzaki zaczynają same chodzić i niebezpiecznie zbliżają się do wszystkiego, co żyje. Okazuje się, że pewien inwazyjny gatunek rośliny nagle jakby zyskał świadomość i zaczyna siać spustoszenie, rozprzestrzeniając się w gwałtownym tempie.
Zobacz zwiastun poniżej:
Czy Dzień tryfidów potrafi po upływie tylu lat nadal skutecznie straszyć? Nie za bardzo. Współczesny widz raczej nie będzie drżał na widok wlokących się sztucznych krzewów, nawet jeśli są one pokaźnych rozmiarów. Wprawdzie widok ich całego zastępu może robić wrażenie, ponieważ wyglądają wtedy jak prawdziwa armia na polu bitwy, to jednak nie czuć zbytnio trwogi czy zagrożenia. Ma się poczucie, że łatwo im uciec.
Sam jednak pomysł na fabułę, czyli uczynienie z roślin wrogów rasy ludzkiej jest z pewnością ciekawy i intrygujący. Tak jak wspomniałem wcześniej, nie ma wiele dzieł, w których to właśnie przedstawiciele flory polują na ludzi. O wiele atrakcyjniejsze wydają się zwierzęta typu jakiś rekin, niedźwiedź czy inny drapieżnik. Nawet zwykłe pająki skutecznie działają jako straszaki. Ma to związek między innymi z ludzkimi fobiami, a wśród najpowszechniejszych brakuje tych związanych z roślinami.
Nie znam osobiście osoby, która otwarcie przyznawałaby się do tego, że się ich lęka. Zapewne, gdyby mięsożerne gatunki takie jak rosiczka byłby większe i potrafiły skonsumować człowieka, byłoby inaczej, ale na szczęście nie dorastają one do takich rozmiarów. Co innego filmowe tryfidy, które potrafią sporo przewyższać wzrostem dorosłego człowieka. Obraz stanowi zatem swego rodzaj eksperyment myślowy i zadanie dla wyobraźni.
Sam zamysł w nim przedstawiony na pewno potrafi wzbudzić dyskomfort. Innym aspektem, który może wzbudzać nasz niepokój, jest globalna epidemia ślepoty. Jest to sytuacja, która dodatkowo wpływa na niekorzyść ludzi, którzy stają się niczym małe dzieci i nie mogą sami sprawnie funkcjonować. Szczerze to motyw ten jest dla mnie bardziej przerażający niż bycie pożartym przez wielkiego szparaga. Twórcy filmu sprawnie połączyli oba wątki i stworzyli obraz, który różni się wprawdzie od książkowego oryginału, ale jednak tworzy jakąś własną jakość, zaliczając się do klasyki brytyjskiego horroru.
Oryginalny tytuł: The Day of the Triffids
Produkcja: Wielka Brytania, 1962
Dystrybucja w Polsce: flixclassic.pl

