
Nie będę ukrywał, jestem osobą, która lubi raczyć się różnymi substancjami. Czy to w formie łykanej, inhalowanej czy wciąganej, skłamałbym, mówiąc, że narkotyki są czymś złym. Nieprzyjemny jest po nich ten potocznie zwany „zjazd”, jednak cały proces wchodzenia organizmu w stan mniej lub bardziej kontrolowanej nieważkości jest super. Problem pojawia się wtedy, kiedy narkotyki w naszym życiu nie mają formy terapeutycznej czy weekendowej rozrywki, a stają się codziennością.
Niestety, patrząc na to, jak kapitalizm zaczyna pożerać i trawić społeczeństwa tak zwanego Zachodu, nie dziwi fakt, że coraz więcej osób dotkniętych zostaje kryzysem uzależnienia. Nie mówię tutaj oczywiście o rekreacyjnym paleniu trawki czy podbijaniu sobie od czasu do czasu dopaminy koksem, a o próbach poradzenia sobie z traumą wykluczenia polegających na sięganiu po tanie, czarnorynkowe substytuty bardziej popularnych używek.
I narkotyki z nami już będą, czy tego chcemy, czynie. W końcu były z nami od początku i gdyby nie one, nie osiągnęlibyśmy dziś tego statusu cywilizacyjnego, który mamy obecnie. Ważne jest, by oprócz oswajania się z nimi, pokazywać ich mroczne odbicie. A jak wiemy doskonale, nic nie wyciąga na wierzch wszystkich mrocznych elementów naszej rzeczywistości tak dosadnie, jak kino grozy. I horrorów narkotycznych istnieje przecież cała masa.
Toad Road Jasona Bankera jednak nie spłaszcza tematu psychodelików do roli wyzwalacza jakiejś krwawej masakry, jak to w horrorach przeważnie bywa. Tutaj używki, kwas, pecka, różne farmaceutyki stanowią codzienną rzeczywistość ludzi po trzydziestce, którzy mentalnie zatrzymali się przed dwudziestką. Ludzi wykluczonych trzeba dodać, ekonomicznie i komunikacyjnie, mieszkających w ostępach tak zwanego Pasa Rdzy.
Tytułowa droga to lokalna miejska legenda, miejsce owiane złą sławą i przenoszoną ustnie tragedią, która miała się na niej wydarzyć. Gdzieś niedaleko James spędza całe dnie z grupą przyjaciół, ku niezadowoleniu ojca pijąc i zażywając narkotyki. Jego dziewczyna Sara jest zafascynowana lokalną legendą miejską o wspomnianej Ropuszej Drodze, leśnej ścieżce, która rzekomo prowadzi do bram piekła. Namawia Jamesa, by poszedł z nią ku tym dziewięciu bramom.
Za każdą z nich ma się wydarzyć coś coraz ekstremalnego, począwszy od uczucia niepokoju, aż do momentu, w którym byt, a w końcu czas, przestaje mieć sens. Podobno nikomu nigdy nie udało się dotrzeć dalej niż piąta brama. Po całe wędrówce James wraca sam, ponieważ Sara najwyraźniej zniknęła…
Jak na film niezależny, Toad Road posiada przyzwoitą, zwięzłą fabułę. Jest prosta, ale skuteczna. Przesłanie nie jest szczególnie antynarkotykowe, ale historia naprawdę może zaważyć o decyzji, jaką jest podjęcie leśnej wędrówki po zażyciu kwasu. Cała podróż jest oczywiście metaforyczną opowieścią o tym, że złe decyzje mogą prowadzić do tragedii. Wymownym jest fakt, że aktorka wcielająca się w Sarę, Sara Anne Jones, nie doczekała premiery filmu opuszczając nasz świat poprzez przedawkowanie.
Jak na małą produkcję nakręconą kamerką cyfrową, Toad Road ma potężną siłę rażenia i jest tym rodzajem kina, które ja lubię nazywać „horrorem egzystencjalnym”. To bardziej obraz ludzi wykluczonych, zostawionych samym sobie przez zdominowany wolnorynkowymi prawidłami system, bez opieki państwa ani nawet szansy na polepszenie własnego bytu. W zalewie tego całego, niskobudżetowego szlamu, Banker dał nam coś, co wchodzi pod skórę niczym igła i infekuje nas brakiem perspektywy. A taka terapia szokowa jest najbardziej skuteczna.
Oryginalny tytuł: Toad Road
Produkcja: USA, 2012
Dystrybucja w Polsce: tv.apple.com

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
