
Należę do tych osób, które swój wybór filmowego doznania opierają na trzech rzeczach. Po pierwsze na opinii zaufanych mi osób. Po drugie na lakonicznie dozowanym sobie materiałów promocyjnych. I w końcu po trzecie na zaufaniu do twórcy, które wcześniejsze dzieła widziałem. Omijam szerokim łukiem wszelkie recenzje, od dawna nie oglądam też zwiastunów dłuższych, niż minuta.
Nie powinno Was zatem dziwić, że na Zniknięcia Zacha Creggera szedłem z nastawieniem na głęboce atmosferyczny horror, pełen tajemnic i opowiedziany całkowicie na serio. Widziałem oczywiście jego poprzednie dzieło, Barbarzyńców z 2022 roku, którzy mi się bardzo podobali i mocno zasugerowali twórczą drogę, jaką Cregger podąża. No i studio NEON, które stoi za omawianym tutaj filmem czy choćby będącym moim osobistym rozczarowaniem Longlegs (2024), po prostu umie w marketing.
Jeśli komuś nie chce się czytać dalej, a postaram się nie walić zbyt mocnymi spoilerami, to powiem już teraz, że Zniknięcia więcej mają w sobie z serii Gęsia skórka aniżeli z czegoś, co traktuje się poważnie i może stanowić ciekawy punkt wyjścia dla dalszej analizy. Nie zrozumcie mnie źle, wszystko to działa w ramach gatunku, jakim jest horror i Cregger na szczęście nie sili się na jego dekonstrukcję. Tylko że no, wykreowałem sobie w głowie coś więcej niż tylko śmieszkowy horror na lato, zrealizowany na wysokim poziomie i satysfakcjonujący, ale wciąż stojący w opozycji do osobistej projekcji. Ale to już moja wina.
Historia jest dość prosta i w zasadzie jedyne, co musicie wiedzieć przed seansem (a najlepiej to nie wiedzieć zupełnie nic), to fakt, że o 2:17 w nocy siedemnaścioro trzecioklasistów jednocześnie wstaje z łóżek i opuszcza swoje domy, biegnąc w noc z wyciągniętymi ramionami, w nieznane. Co dziwniejsze, wszystkie dzieci dzielą wspólną klasę, zostawiając tylko jednego kolegę, Alexa Lilly’ego (Cary Christopher), i zdezorientowaną nauczycielkę, panią Justine Gandy (Julia Garner). Dręczona poczuciem winy, praktycznie bezrobotna i narażona na spojrzenia podejrzliwego miasteczka, w tym szczególnie rozgniewanego ojca granego przez Josha Brolina, pani Gandy postanawia dowiedzieć się, co stało się z jej uczniami. I dlaczego właściwie ostał jeno mały Alex.
Na początku padło porównanie do Gęsiej skórki, bo cała produkcja ma mocny posmak twórczości Stephena Kinga i jego horroru zagnieżdżonego w tkance amerykańskiego przedmieścia. Mocno zagrało na tym po raz pierwszy oryginalne Halloween (1978) Carpentera, do perfekcji rozwinął motyw ten serial Stranger Things (2016-25). Tutaj suburbia jawią się jako popkulturowa scenografia, kraina zbudowana na wyobrażeniach i mitach. Dlatego, też choć historia mocno korzysta ze zdobyczy współczesności, kamer domowych i telefonów komórkowych, to w dużej mierze wymaga od nas zawieszenia niewiary w jakiejś baśniowej umowności.
Bo Zniknięcia to w zasadzie bajka dla dorosłych i choć rzuca ona od czasu do czasu klucze do drzwi, za którymi stoi jakaś głębia, wszystko finalnie okazuje się tylko fasadą. Pokłosie tragedii George’a Floyda, szkolny bullying, amerykańska fala opiatów czy nadużywanie swoich zawodowych kompetencji to ciekawe, warte eksploracji wątki, tyle że rzucane są one tutaj tak ad hoc i nie znajdują swojego rozwinięcia, nie dają też podkładu pod to, by traktować je w ramach filmu poważniej, niż tylko punkt wyjścia do kolejnych śmieszków. Nawet będąca trzonem tej historii tragedia rodziców, którzy stracili swe dzieci i pozostawieni sami sobie próbują traumę tę jakoś przezwyciężyć, zupełnie nie ma wagi. Jest, bo jest, bardziej liczy się dla Creggera granie na prostszych emocjach.
Brzmi to tak, jakbym nad Zniknięciami się pastwił. Jednak kiedy obedrzemy je z moich własnych, jak się okazało zupełnie przestrzelonych projekcji, to jest to kino dalece satysfakcjonujące, działające właśnie na tych prostszych emocjach i robiących to bardzo dobrze! Kilka razy podskoczyłem w kinowym fotelu, innym razem szczerze się uśmiechnąłem, a los postaci nie był mi obojętny. Ich charaktery nie są może jakoś szczególnie pogłębione, ale w swoich podstawowych założeniach wpisują się w klimat filmu i naprawdę można im kibicować. Pomijam już fakt, jak bardzo lubię Brolina i Ehrenreicha, a Julia Garner to w ogóle och i ach, aż mnie stulejka piecze.
Trudno zatem mi postawić jakiś obiektywny werdykt, bo Zniknięcia po prostu rozminęły się z moimi oczekiwaniami i to wyłącznie moja wina, że projektowałem sobie na nie coś zupełnie innego. Choć nie, nie do końca, bo przecież marketing filmu sugerował coś zupełnie innego! Ale już dość rzucania mięsa w stronę speców od reklamy, bo pewnie dostali tam niezłą podwyżkę. Nowy film Creggera jest… no jest fajny, zabawny i z dreszczykiem, a dość mocno autorska wizja zdecydowanie stawia go w czołówce peletonu najbardziej obiecujących twórców współczesnego horroru. Po prostu na jego następny film pójdę już zupełnie bez żadnych oczekiwań i dam się w całości zabrać jego fali, tak, jak te kilka lat temu porwał mnie swoimi Barbarzyńcami.
Oryginalny tytuł: Weapons
Produkcja: USA, 2025
Dystrybucja w Polsce: warnerbros.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
