Mad Max (1979)

Żyjemy w przededniu masowego wymierania, klimatycznej katastrofy, którą sami na siebie sprowadziliśmy, pozwalając możnym tego świata drenować do cna naszą ojczystą planetę. Ale nie będę tutaj kolejny raz psioczył na zbrodnie kapitalizmu, bo mam nadzieję, że jeśli już będziemy ginąć z pragnienia czy przegrzania, to będziemy umierać równo, bez względu na klasowe podziały. Dziś wróćmy do schyłku lat 70. i filmu, który niejako przewidział to, z czym będziemy się borykać te prawie pięćdziesiąt lat później.

Bo dziś pogadamy sobie o pierwszym Mad Maxie George Millera z 1979 roku. Filmie, który może wydawać się już dziś nieco zapomniany, a na pewno przyćmiony swoimi bardziej przebojowymi sequelami. A ja jednak owo dzieło cenię sobie bardzo, choć dalej dwójeczka stanowi dla mnie najlepszy wpis w historii tej marki. Nie tylko dlatego, że jest to rozpoczęcie jednej z najlepszych serii filmowych w historii kina gatunku, ale głównie za jego eksploatacyjne walory, które stanowią wręcz apoteozę kreatywności w tworzeniu kina.

Produkcje z kategorią wiekową R (dla widzów powyżej 17 roku życia) zostały przedstawione australijskiej publiczności na początku lat 70-tych, a tamtejsi filmowcy spędzili następną dekadę na przesuwaniu granic dużego ekranu w zakresie seksu i przemocy. Lekarz i twórca krótkich metraży o imieniu George Miller dostrzegł okazję i skorzystał z niej, tworząc odrobinę celuloidowego szaleństwa naładowanego morderstwami, zemstą, motocyklami i przerobionymi samochodami.

Gdyby Miller nie zajął się tworzeniem filmów fabularnych na serio lub gdyby nie natknął się na młodego aktora o imieniu Mel Gibson i nie zatrudnił go do roli głównej, Mad Max odszedłby w zapomnienie bez przeniknięcia do świadomości publicznej. Byłby po prostu kolejnym filmem klasy B, jakich do dziś pojawia się na rynku na pęczki. Na szczęście wszystkie składniki filmowego rzemiosła zgromadzone na planie sprawiły, że Mad Max stał się czymś więcej niż filmem eksploatacyjnym. Stał się prawdziwym hitem.

Nie wiem, czy o pierwszym Maxie można mówić jako o historii postapokaliptycznej. Film George’a Millera i Byrona Kennedy’ego raczej stanowi swoisty przedsionek końca cywilizacji, pokazując świat, w którym upadł system i społeczeństwo, dając możliwość rozplenienia się wszelkim patologiom. Przemoc stała się powszechniejsza, na bezkresnych drogach panuje totalna anarchia, a społeczne rozwarstwienie sięga zenitu. W tej ponurej rzeczywistości stara się odnaleźć Max Rockatansky (Gibson), policjant z powołania walczący z hordami bezwzględnych bandytów, po godzinach kochający mąż i ojciec malutkiej córki.

Jednak nakręcająca się spirala anarchistycznej przemocy dosięga również i jego. Gdy szukający zemsty bandyci dokonują brutalnego morderstwa na rodzinie Maxa, policjant przyodziewa ikoniczną, skórzaną kurtkę i dociskając pedał gazu do dechy rusza w symboliczną podróż do moralnego i duchowego upadku. Trudno powiedzieć, że jest on archetypicznym bohaterem, bo choć targają nim moralnie słuszne pobudki, tak ich egzekwowanie balansuje już na granicy tego, co nazywamy dobrem i złem.

Uwielbiam to, jak pierwszy Mad Max eksploruje estetykę antycypacyjnego niepokoju. Często porównuję film Millera do wczesnych dzieł Wesa Cravena i Tobe’a Hoopera, ponieważ podczas oglądania widza przenika prawdziwe wrażenie, że sam znajduje się w niebezpieczeństwie. Podobnie jak w przypadku tamtych dwóch twórców, przy każdym seansie czuję pewnego rodzaju zagrożenie płynące z intencji Millera, jakby chciał pokazać mi coś, co mogłoby naprawdę zaszkodzić mojej psychice.

W pewnym momencie filmu nasz bohater przyznaje, że się boi, a publiczność w naturalny sposób zaczyna podzielać jego trwogę. Zły do szpiku kości świat Maxa, prócz rodziny, nie posiada żadnej siatki bezpieczeństwa, na każdej płaszczyźnie dominują tutaj prawa dżungli. Miller z entuzjazmem przenosi film poza granice kinowej przyzwoitości i dobrego smaku. Od samego początku stara się naginać pojęcie tego, czym podówczas było tabu, przez co nawet dziś widz, który ogląda film pierwszy raz, zastanawia się, co jeszcze może mu zostać zaserwowane.

Podobnie jak w przypadku wszystkich dzieł sztuki, ten film wyrasta z bardzo specyficznego kontekstu. To dziecko ery Ozploitation lub tak zwanej australijskiej Nowej Fali, do której należy choćby kultowy i ceniony dziś Piknik pod Wiszącą Skałą (1975) Petera Weira. Dokładniej, Mad Max jest celowym odzwierciedleniem wydarzeń, trendów i mody z początku lat 70-tych. Jak przyznał współscenarzysta James McCausland, duża część anarchicznej energii filmu jest napędzana przez kryzys naftowy z 1973 roku, w którym OPEC (Organizacja Krajów Eksportujących Ropę Naftową) zmniejszyła produkcję ropy naftowej i szybko spowodowała załamanie się światowej gospodarki. Gdy dostawy gazu były racjonowane, McCausland widział doniesienia o gwałtownych ekscesach na stacjach benzynowych, w których kierowcy starali się zdobyć jak najwięcej paliwa.

Jest jednak coś, co zawsze zaskakuje mnie, kiedy cyklicznie co kilka lat po pierwszego Mad Maxa sięgam. Trzeba powiedzieć sobie jasno, że film ten nie stara się z początku przyciągnąć uwagi bardziej narwanego widza. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że dla wielu współczesnych odbiorców może się nawet okazać dość nudny! Mnie też nieco dziwi ta dziwna konstrukcja filmu, która w pierwszej połowie poświęca zbyt wiele czasu na postacie drugoplanowe, zamiast budować te, które stanowią trzon całej opowieści. Dlatego też do połowy film może sprawiać wrażenie meandrującego i nieumiejącego się odnaleźć, zamiast wyciskać swoją eksploatacyjną esencję. Tak naprawdę fabularne mięso zaczyna się dopiero w połowie filmu.

Ale nawet jeśli film może dziś wydawać się nieco archaiczny i dziwaczny w swojej konstrukcji, nadal zachwycają jego walory produkcyjne. To film wypełniony po brzegi szerokokątnymi ujęciami zaprojektowanymi tak, aby ilustrować surowość i pustkę tego świata przyszłości. Świat Maxa jest wyraźnie czegoś pozbawiony, choć nie wiemy czego dokładnie. Czy jest moralność, empatia, stabilna gospodarka, system? Tego się możemy tylko domyślać. Nic jednak nie wydaje głośniejszego krzyku rozpaczy na tym pustkowiu niż pędzące przez nie samochody i motocykle.

W pewnej scenie główny czarny charakter Toecutter (Hugh Keays-Byrne), wraz ze swoją bandą punkowych rzezimieszków kradnie cały gazu, inhalując się cennym surowcem prosto z jego zbiornika. To czasy, w których niedający się kontrolować, rosnący ruch młodzieżowy ostatecznie odrzucił umierający establishment. Pierwszy Mad Max to nie tylko ciekawe doświadczenie czysto filmowe czy kronikarski obowiązek poznania korzeni stojących za Wojownikiem szos (1981) czy Na drodze gniewu (2015). To przede wszystkim pocztówka szalonych, pełnych konstatacji czasów, w którym społeczny niepokój kształtował popkulturę. Kto nie widział, ma zadanie domowe.

Oryginalny tytuł: Mad Max

Produkcja: Australia, 1979

Dystrybucja w Polsce: primevideo.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *