The Bear – sezon 4 (2025)

Do końca życia chyba będę się bił w pierś, skreślając The Bear i wrzucając go do szufladki przeznaczonej dla tych wszystkich zblazowanych, nowobogackich hipsterów, którzy będą wzdychać to przeciągniętych ujęć pietruszki czy marchwi. Po prostu jako wykluczony, samotny mężczyzna z głębokiej prowincji nie posiadam żadnej oferty kulinarnej, przez co też i moje wymagania w tej materii są nijakie. Pomijam już fakt, że jako osoba zaniedbana fizycznie moja dieta nie należy do grupy tych, które warto podzielać.

Taka już chyba natura człowieka, że lubi oceniać książki po okładce i potrafi wydać werdykt bez zapoznania się z danym dziełem. Ale dziś nie o tym, że opisywany tutaj serial jest wybitny, bo pisałem o nim w kontekście każdej kolejnej serii, którą połykałem od razu. Tak było do sezonu numer trzy, który podzielił widownie i niejako sprawił, że The Bear wypadło niejako z mojego pola zainteresowań. Tamta seria co prawda miała kilka chwil uniesienia, ale ogólnie poszła w kierunku, który był dla mnie nie do zaakceptowania.

Teraz mogę wszystkich tych, którzy kręcili nosem na quasi artystyczny styl sezonu trzeciego, uspokoić. Seria okraszona numerkiem cztery wraca na właściwe tory, serwując (heh) idealną mieszankę jednostkowego dramatu, wiwisekcję branży gastronomicznej, sytuacyjnej komedii i tego, czym dla mnie serial zawsze stał, gotowania. Nie ma tutaj zabaw formą, jakiegoś bzdurnego aspirowania do miana serialowej awangardy, tylko to, co wzniosło tytuł ten na szczyty.

Historia tym razem wydaje mi się jeszcze bardziej skupiona na rodzinie Berzatto, zwłaszcza po narodzinach zaprezentowanych sezon wcześniej (swoją drogą najlepszy odcinek w historii tego serialu), które jeszcze mocniej skonsolidowały wszystkich jej członków. Choć oczywiście familia to nie tylko więzy krwi, ale wszyscy ci, którzy pod szyldem tytułowej restauracji pracują i żyją. Są tutaj epizody poświęcone konkretnym członkom tej historii, ale jednak na pierwszy plan wychodzi oczywiście Carmy (Jeremy Allen White) i Sydney (Ayo Edebiri), a raczej narastająca między nimi intryga.

Fabuły czy poszczególnych historii tutaj opowiadanych streszczał nie będę, bo odkrywanie ich „na świeżo” stanowi główny trzon całej zabawy. Naprawdę, serce mi pęczniało, obserwując poszczególne interakcje między bohaterami, tymi nowymi, jak i już wcześniej poznanymi. Bez kontekstu: bardzo cieszyłem się i z nadzieją patrzyłem, jak Richie (Ebon Moss Bachrach) znalazł sobie bratnią duszę, w duchu krzyknąłem, kiedy w kuchni pojawił się Luca Paguro (Will Poulter), a odcinek ze ślubem to już w ogóle emocjonalny rollercoaster.

Dobra, jednak na tym jednym epizodzie muszę się skupić. Odcinek weselny skręcony został tak, aby wejść w kanon tych wyróżniających się, jak wspomniany porodowy czy równie genialna opowieść wigilijna. Tutaj też jest moc, całe spektrum emocji i… masa bohaterów, którzy jednak rozwadniają dla mnie impakt serialu. No i nie trudno nie zorientować się, że większość tych gościnnych występów to głównie mrugnięcia okiem i przechwalanie się, kogo się udało do produkcji zaangażować. Serio, w pewnym momencie myślałem, że wzorem wybitnego Dave’a (2020-) na ekran zaraz wejdzie Brad Pitt.

Serial jednak dalej skupia się wokół próby poradzenia sobie Carmy’ego ze śmiercią jego starszego brata (Jon Bernthal), zapewniając White’owi mięsiste momenty, gdy jego bohater eksploduje lub zamyka się, gdy zostaje przytłoczony zewnętrznymi lub wewnętrznymi bodźcami. Jego idealnym odbiciem okazuje się Sydney, która ma znacznie mniej problemów z autentycznym łączeniem się z ludźmi. I choć z początku nieco raziło mnie to wyobcowanie głównego bohatera, który przez większą część czasu przyjmował tę drugą postawę, to w miarę rozwoju historii zrozumiałem doskonale, o co tutaj chodzi. Widać nie jestem taki głupi, jak wszyscy wokoło starają się mi wmówić.

Czwarty sezon jest bardzo, bardzo dobry i wyszedł naprzeciw moim wcześniejszym obawom obronną ręką. Jedyna poważna wada, jaką w nim dostrzegam? Finał działa tak dobrze na intymnym, emocjonalnym poziomie, że chętnie widziałbym go jak ostateczne zwieńczenie całego serialu, a przecież już wiemy, że stacja zamówiła piątą serię. Ale ja po prostu lubię, jak dane dzieło zostawia mi furtkę do dopowiedzenia sobie historii jej bohaterów samemu. Jak to w życiu, ludzie przychodzą i odchodzą w tylko sobie znanym kierunku. Choć z drugiej strony, jeśli ma trzymać taki poziom, to czemu nie?

Oryginalny tytuł: The Bear

Produkcja: USA, 2025

Dystrybucja w Polsce: disneyplus.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *