
Te kilka dziesięcioleci temu, kiedy siedziałem jako mały chłopak przy rodzinnym obiedzie i oglądałem w państwowej telewizji kolorowe, quasi historyczne filmy z nurtu miecza i sandałów, nie miałem pojęcia, że dziś będę siedział, oglądał je z własnej woli i, co więcej, pisał o nich tutaj dla Was. Nie wiem, czy to chęć jakiegoś symbolicznego powrotu do tamtych dni, ale pewien jestem, że to ciekawy kawał kina, który warto eksplorować.
Estera i Król z 1960 roku znalazło się na moim radarze tylko dlatego, że palce w nim maczał sam maestro Mario Bava, włoski mistrz kina, który zasłynął głównie z pionierskich filmów giallo oraz nadania kierunku filmowemu slasherowi. Zanim jednak zreformował pojęcie kina makabry, jak większość włoskich twórców imał się różnych rzeczy, w tym opisywanej tutaj biblijnej epopei o żydowskiej królowej Esterze, która zapisała kolejny akapit w tragicznej historii Narodu Wybranego. P.S. jak społeczeństwo z taką przeszłością może dziś dopuszczać się regularnego ludobójstwa w Palestynie?
Jednak film jest dość daleko od bycia wierną adaptacją Księgi Estery. Nie jest to zdecydowanie film, który można pokazywać studentom chcącym zgłębić historię starożytnej Persji. Joan Collins wciela się tutaj żydowską bohaterkę Esterę, która bierze ślub z niedawno owdowiałym, perskim królem Ahaswerusem (Richard Egan). Związek ten ma pomóc Żydom pod antysemickimi rządami Persji w piątym wieku p.n.e. Ahaswerus łączy się z Esterą, aby pokonać kampanię nienawiści wobec Żydów prowadzoną przez złego namiestnika Hamana (Sergio Fantoni).
Ta międzynarodowa koprodukcja, wyprodukowana we Włoszech przez włoską firmę Galatea Film i amerykańskie 20th Century Fox, jest raczej jednym z tych bardziej solidnych przedstawicieli kina sandałowego, nazywanego w nomenklaturze naukowej peplum. Jest przede wszystkim widowiskowa, a chyba tego oczekujemy od epickich filmów, w których umięśnieni i nasmarowani olejkami faceci walczą na włócznie i pięści o swoje piękne, nad wyraz zadbane jak na epokę kobiety.
Zobacz cały film poniżej:
Jest to oczywiście zasługa reżyserskiej ręki Raoula Walsha, który stanowi ikonę starego Hollywood. Przędzie on tę luźną, biblijną gawędę sprawnie, łącząc kinowe poczucie skali z pewną teatralną manierą. Czuć, że budżet był tutaj nieco większy, amerykański dolar nadał wszystkiemu odpowiedniej estymy, której próżno szukać w rdzennie włoskich przedstawicielach nurtu. Intrygi rozgrywane są w pełnych szczegółów, kolorowych wnętrzach, a wielkie bitwy mają rozmach, zachwycając swoją skalą. Pod względem czysto technicznym, nie ma tutaj na co narzekać.
Zwłaszcza że za kamerą stanął wspomniany Mario Bava, który maluje świat przedstawiony swoimi nasyconymi kolorami, nierzadko używając swojego autorskiego triku, wykorzystując różnobarwne filtry żelowe nakładane na oświetlenie. Dla wszystkich tych estetycznych fetyszystów, którzy czołobitnie padają przed stylem Dario Argento, Nicolasa Winding Refna czy Gaspara Noé, powinni po Esterę i Króla sięgnąć, choćby z czystej, kronikarskiej powinności.
Film ten jest jednak reliktem swoich czasów, bo oglądając go, miałem silne poczucie fetyszyzacji seksualności, które wydaje się niejako źródłem w stosunku do późniejszych dzieł Bavy. Piękne, półnagie kobiety są stale wystawiane ku naszej uciecze, a Mario kręci je w misternie ułożonych i oświetlonych pozycjach pin-up, które przypominają najlepsze magazyny erotyczne z tamtego okresu. Ale rozumiem, że dla kogoś może to być plus, coś, co nadaje Esterze i Królowi celowo prezentacyjny, autorefleksyjny, barokowy charakter.
Wszystkie te twórcze ręce na pokładzie sprawiają, że te skomplikowane pałacowe intrygi, napędzane przez nienawiść do Żydów i żądzę władzy, nie nudzą tak mocno, jak pewnie robiłby to w mniej udanej rzemieślniczo produkcji. Wiadomo jednak, że to wciąż kino dla bardzo wąskiej niszy, która musi już nieco bardziej orientować się w dość skomplikowanej historii włoskiej kinematografii. Tak sobie myślałem o jakimś kreatywnym „taglajnie” zachęcającym do oglądania filmów peplum i wpadło mi do głowy, że to kino nie tylko do niedzielnego kotleta.
Oryginalny tytuł: Esther and the King
Produkcja: USA/Włochy, 1960
Dystrybucja w Polsce: Red Carpet TV

Życiowy przegryw, który swoje kompleksy leczy wylewaniem żalu w internecie. Nie zawsze obiektywnie, ale za to szczerze.
