
Od małego miałem fazę, wręcz obsesję na punkcie dinozaurów. Filmowy Park Jurajski (1993) miał na to ogromny wpływ, jak myślę, na większość dzieciaków tamtego okresu. O tym, że filmowe arcydzieło było oparte o papierową książkę, dowiedziałem się już na wczesnym etapie życia, ale kiedy w księgarni poprosiłem mamę, by mi ją kupiła, obsługującą sklep pani stanowczo mi tego odradziła. Dopiero jako dorosły facet znalazłem w sobie chęci, by po nią w końcu sięgnąć, świeżo po którejś tam z kolei powtórce filmu.
Powiem szczerze, że jako dość aktywny czytelnik, literacki Park Jurajski pochłonął mnie zupełnie. Dawno nie miałem tak czystej ekscytacji z czytania książki, a co więcej, z zapisywania sobie w głowie wszystkich tych różnic między filmem Spielberga. Bo w zasadzie między kartką książki a ekranem jest ogromna przepaść i jeśli pominiemy ogólny zarys fabuły, to dwie zupełnie inne opowieści. Która jest lepsza? To już zależy od odbiorcy, osobiście rozklejam je od siebie tak, że stanowią dwa osobne teksty kultury.
Na pierwszy rzut oka fabuła jest ta sama, choć zaczynamy w zupełnie innym punkcie. Powieść podzielona została na siedem rozdziałów, zwanych „Iteracjami” (odnoszących się do teorii chaosu przedstawionej przez postać Iana Malcolma). Pierwsza Iteracja służy jako długi prolog, idący w kierunku tego, co wydaje się prawdziwym początkiem. Ale nie brakuje rozpędu. Crichton jest pisarzem thrillerów i wie, jak utrzymać napięcie. Skaczemy się z miejsca na miejsce, aż wszystkie postacie trafiają na wyspę Nublar.
Wycieczka oferuje pisarzowi łatwy sposób na ekspozycję informacji przed czytelnikiem, poświęcając równocześnie czas na wyjaśnienie rzeczy bohaterom. A do omówienia jest sporo, bo Crichton wyraźnie poświęca czas na badanie każdego aspektu swoich powieści. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Park Jurajski łączy w sobie biologię, paleontologię, a nawet medycynę i informatykę. Wszystko te motywy wyjaśnione nam zostają z zaskakującą i godną pochwały szczegółowością.

Jest to zupełnie coś innego od nieco bajkowej stylistyki, jaką znamy z filmu. Jednak tą największą i najszerzej komentowaną różnicą jest brutalność. Tak, książka w pewnych momentach prezentuje poziom brutalności odpowiedni literaturze grozy, a sceny ataków dinozaurów na ludzi zapisują się w pamięci czytelnika chyba na stałe. Niemowlęcia zjadane żywcem przez małe kompsognaty, młody T-Rex niczym kot pastwiący się nad jednym z bohaterów czy raptory, które tutaj prezentowane są jako stworzone do zabijania maszyny to bardzo ciekawy kontrast względem filmów. No i scena z dilofozaurem… To już musicie przeczytać sami. Warto.
Różnią się też postacie i ich historie, bo to, kto przeżyje, a kto zginie na Nublar, też jest zupełnie inne. Henry Wu, Robert Muldoon i Donald Gennaro są tutaj pierwszoplanowymi postaciami. Nikt nie ewakuuje się z powodu burzy, a po przywróceniu zasilania, Jurajski Park jest pełny personelu i szeregowych pracowników, którzy pomagają naprawiać ogrodzenia i łapać dinozaury. Jest też Ed Regis, który tak naprawdę robi tutaj za postać Gennaro w filmie. Bo książkowy Gennaro to zupełnie inna postać i szkoda, że jego relacja z Muldoonem nie ma zupełnie odzwierciedlenia u Spielberga.
Największą zmianom jest jednak John Hammond, grany w ekranizacji przez Richarda Attenborough. Bez ludzkiego elementu tego jakże sympatycznego aktora, na kartach powieści jest to postać o wiele bardziej egocentryczna, megalomańska i pełna gniewu, będąc swoistą reprezentacją toksycznych polityków w dzisiejszych mediach społecznościowych. W tym sensie, że jest kluczowym graczem, ale nie obwinia się za chaos wytworzony wokół. Zamiast tego zawsze jest to wina kogoś innego, kogoś, kogo można obarczyć. Z tego punktu widzenia jego koniec w książce jest o wiele bardziej satysfakcjonujący…
Naprawdę szczerze polecam Wam po książkę Crichtona sięgnąć, zwłaszcza jeśli tak jak ja, kochacie jej filmową adaptację. Niech Was nie przestraszy ta masa technologicznego i naukowego gadania, bo jest to wszystko tak umiejętnie wplecione w historie, że bez tego wydawałaby się ona niekompletna. No i książka, jak to książka, oferuje również głębsze studium postaci, rozbudowanie ikonicznych scen, a także dodanie nowych, jak ta z ucieczką pontonem, które powróciły w innych filmach serii. Okej, gdyby nie te niekończące się tyrady Malcoma, to mógłbym uznać ją za absolutne arcydzieło literatury science-fiction, tak od tego tytułu książkę dzieli jedynie wyciągnięcie zmutowanej łapki kompsognata.
Wydawnictwo: vesper.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
