Ziam (2025)

Film o zombie, w którym chodzi tylko o to, że albo żywe trupy zjadają ludzi, albo ci, którym udało się przetrwać kopią dupska zombiakom w efekciarski sposób, wykorzystując wschodnie sztuki walki, brzmi jak kino pełną gębą. Właśnie takich produkcji oczekuję, pozbawionych głębi i nastawionych na czysty eskapizm. W końcu kino to gałąź rozrywki, a jak wiemy, najlepsza rozrywka to taka, która nie wymaga od nas myślenia.

Tajlandzki Ziam jawił się dla mnie więc niczym spełnienie marzeń. Coś, co wraca do korzeni kina i kierowane jest do przeciętnego widza, który jednak stanowi znaczącą część odbiorców tego medium. Tyle tylko, że nagle zorientowałem się, ku własnemu zdziwieniu, że nie mam już 12 lat (choć intelektualnie wcale się nie rozwijam) i jednak coś, co ma w sobie tylko jeden wymiar – tutaj kopany – spływa po mnie nie niczym woda po wyciągniętej świeżo z wody rybie.

Analogia do ryby nie jest przypadkowa, albowiem Ziam wokół diety peskatariańskiej się kręci. Mamy niedaleką przyszłość, gdzie kapitalizm wydrenował naszą planetę tak, że stoi u progu niezdatności do przeżycia. Do tego dochodzi jeszcze tajemnicza bakteria, wywołana na świat przez topniejące pokrywy lodowe, masowo anihilująca życie morskie. Niedobory żywności stały się normą, a wraz ze zmniejszaniem się zasobów totalitarny rząd Tajlandii usiłuje przejąć kontrolę. Kraj balansuje na krawędzi anarchii, a ratunkiem mogą okazać się odporne na wirusa ryby, które próbuje wrzucić na zapadający się rynek pewna korporacja.

Ta jakże aktualna i interesująca koncepcja stanowi trzon tajskiego filmu produkowanego przez Netflixa Ziam. Film łączy zatem postapokaliptyczną scenerię z mrożącym krew w żyłach horrorem akcji i choć z pewnością nadaje się na bezpretensjonalny, piątkowy schemat mający zapewnić naszym mózgom reset po tygodniu pracy, ma swoje widoczne wady. Jak już wspomniałem, jest to dzieło jednowymiarowe, niesilące się nawet na to, by prócz przyśpieszenia nam przepływu krwi kolejnym mordobiciem opowiedzieć coś więcej. A szkoda, bo przecież punkt wyjściowy ku temu był.

W centrum chaosu znajduje się Singh (Prin Suparat), były zawodnik Muay Thai, który wkracza w tryb bohatera, gdy jego dziewczyna, pielęgniarka Rin (Nuttanicha Dungwattanawanich), zostaje uwięziona w szpitalu. Placówka medyczna staje się prawdziwym piekłem, gdy tylko jej korytarze zaczynają być przejmowane przez hordy krwiożerczych zombie. Nie są to jednak powolne umarlaki znane z klasycznych filmów Romero, a szybkie, nadzwyczaj sprawne bestie, którym jak widać, nie są obce sztuki walki Wschodu. No, przynajmniej potrafią uniknąć podstawowego high kicka i przyjąć na twarz serię szybkich ciosów.  

I to w zasadzie tyle, na tym mogę zakończyć pisanie tej pseudorecenzji. No bo co tu jeszcze dopisać? Że patrzenie na obijanie pokiereszowanych pysków żywych trupów z początku robi wrażenie i może się naprawdę podobać, by dość szybko zaszczepić w nas obojętność oraz znudzenie? Że postacie to zasadzie tylko charakterologiczne zarysy, bazujące na prymitywnych stereotypach kobiety w opałach, samca wyzwoliciela i dzieciaka sieroty? Ziam to kino wręcz elementarne pod względem swoich wartości i naprawdę, jeśli dalej nie znużyły Was te wszystkie klony Johna Wicka, czy bardziej tamtejsze serie Raid lub Ong Bak, to jako jedyni macie tutaj czego szukać.

No okej, można jeszcze pochylić nad tym, po co wielu z nas sięga w przypadku filmów zakręconych wokół żywych trupów. Czy Ziam jest brutalne i krwawe? No jest, i to bardzo! Ściany tajskiego szpitala w pewnym momencie ociekają krwią, ciała są masakrowane z odpowiednią brutalnością, a zombie pojawiają się w różnych konfiguracjach, w zależności od tego, w jakim stanie zastał ich patogen. Podobało mi się przykładowo, jak w pewnym momencie na ekran wjechały trupy w ortopedycznych oporządzeniach, które skutecznie blokowały ich ruchy wbrew temu, że same były całkiem żwawe.

Więcej nie będę pisał, bo nie ma o czym. Ziam to puste kalorie, które przyswoić możemy jedynie w momencie, kiedy czujemy intelektualny przesyt i chcemy po prostu nieco obniżyć poprzeczkę wymagań wobec naszego mózgu. Jeśli macie wolny wieczór, znajomych i jakieś środki jeszcze mocniej degenerujące Wasze ośrodki poznawcze, to ta tajska mieszanka akcyjniaka z horrorem może nadać się idealnie. Jeśli jednak od filmowego rzemiosła oczekujecie ciut więcej, choćby jakieś bardziej kreatywnego pisania, to trafiliście pod zły adres. Wracamy do ryb, chyba lepiej popatrzeć na akwarium.

Oryginalny tytuł: Ziam

Produkcja: Tajlandia, 2025

Dystrybucja w Polsce: netflix.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *