
Co by było, gdyby? – to jakże elementarne pytanie towarzyszy każdemu z nas na każdym kroku naszego ziemskiego jestestwa. Czasami jedna decyzja waży na całej naszej przyszłości, innym razem zdajemy się tylko na splot losowych wydarzeń. Los jest na tyle przewrotny, że nic nieznaczące z pozoru zderzenie z konduktorem na peronie skutkować może tym, że staniemy się komunistycznym działaczem wyższego szczebla.
A skoro czasy PRL-u i egzystencjalne rozterki, to oczywiście musi się pojawić postać Krzysztofa Kieślowskiego. Być może nasza siermiężna rzeczywistość nie pozwala nam na wybór między czymś mniej lub bardziej przyjemnym, zawsze we wszystkim zaszyty musi być jakiś rzucający ciężar na nasze barki dramat. Ja jednak lubię od czasu do czasu spróbować dźwignąć coś, co przerasta moje możliwości fizyczne (na siłowni) czy intelektualne (w kontakcie z kulturą). Zawsze mogę udawać, że wiem, o co chodzi i kreować się na kogoś mądrzejsze niż jestem w rzeczywistości.
Snucie opowieści o alternatywnych ścieżkach wydarzeń nie jest niczym nowym zarówno w kinie, jak i szerzej, w kulturze przekazywania historii w ogóle. Tutaj głównym bohaterem jest Witek, w tej roli młodziutki Boguś Linda, który w pośpiesznej próbie złapania pociągu do Warszawy napotyka na peronie prozaiczne przeszkody w postaci krótkich konfrontacji z napotkanymi tam osobami. Zanim jednak dojdzie do rozgałęzienia się historii, poznamy jego życie w telegraficznym skrócie, od narodzin, po studia medyczne i śmierć ojca.
Trzy rozwidlenia wynikające z próby złapania odjeżdżającego pociągu to trzy różne scenariusze. W jednym trafia do młodzieżówki Partii, szybko awansując w jej szeregach, stając się prawdziwym działaczem systemu. Innym razem jego historia toczy się w zupełnie przeciwnym kierunku, łącząc jego życie z działalnością opozycyjną. Trzecia droga (heh) to droga środka, bez partii, bez opozycji, tylko rodzina i kariera naukowa. Nie powiem oczywiście, jak kończą się te wszystkie scenariusze, jednak jak to w przypadku Kieślowskiego, wszystko naznaczone jest tragedią.
Jak już wspomniałem, fabuła spod ręki Kieślowskiego targana jest raczej negatywnymi emocjami. Witek nie radzi sobie za dobrze bez względu na to, w jaką linię rzeczywistości trafi. W ogóle jego sytuacja tak naprawdę nie jest zależna tylko od jego wyborów. Biorąc pod uwagę tytuł, jestem skłonny postrzegać film jako historię fatalistyczną, bieg Witka w stronę pociągu decyduje o jego losie, ale tak naprawdę nie jest w jego rękach. Jestem zwolennikiem filozofii opartej o wolną wolę każdej jednostki i nie wierzę w determinizm, ale naprawdę podoba mi się postawa Kieślowskiego.
Nie jestem natomiast fanem tych wszystkich antykomunistycznych manifestów Kieślowskiego, a jego późniejsze popieranie Balcerowicza uważam za niesmaczne. Tyle tylko, że Przypadek wydaje się mieć bardzo jasne przesłanie, że opowiedzenie się po którejś ze stron politycznego sporu jest lepsze, niż usilnie pójście środkiem jak śpiewał Kazik. I jakimś dziwnym trafem to właśnie partycypowanie w szeregach ówczesnej władzy niesie bohaterowie najwięcej korzyści. Nie posądzam reżysera o pewne kanonizowanie minionego systemu, ale jest to miłe w natłoku tych wszystkich produkcji demonizujących komunizm jako zło ostateczne.
Wszystko jednak w Przypadku przesiąknięte jest poczuciem, że obcujemy z kinem wielkim, a Kieślowski jest prawdziwym mistrzem. Z czym się tu nie zgodzić? Mało który twórca kina potrafi tak, jak on, przenieść na taśmę filmową złożoność ludzkich relacji, ich wewnętrzne rozterki i ból, jaki towarzyszy w ich życiach. To taka duchowa podróż to przestrzeni między przypadkiem a wolnością, dwoma nieuniknionymi konstruktami kształtującymi życie człowieka. Aby w pełni zrozumieć znaczenie wszystkiego, co dzieje się w filmie, w tym jego symboliki, należy najpierw zapoznać się z ówczesnym krajobrazem politycznym Polski. Okresem Solidarności, nadchodzących strajków i wciąż panującym nad wszystkim cieniem II Wojny Światowej. Gdy jako widz jesteś choć trochę świadomy złożonej natury tamtego okresu, zdasz sobie sprawę, jak genialny jest to film.
Zamknijmy to jakąś narracyjną klamrą, bo pisanie o filmach Kieślowskiego jest jak to metaforyczne i wspomniane przeze mnie dźwiganie intelektualnego ciężaru. Z jednej strony powiedziano już o nim bardzo wiele i ja, osoba, która na świat przyszła już jakiś czas po systemowej transformacji, mogę na niego patrzeć z perspektywy osoby oglądającej pocztówkę z dawnych lat. Mimo to wciąż dotyka ono uniwersalnych niezależnie od miejsca i czasu kwestii naszej egzystencji, schematów, po których się poruszamy oraz tego, co wciąż pozostaje tylko eterycznym tworem zwanym duchowością. Obcowanie z kinem Kieślowskiego to zdecydowanie coś więcej niż seans. Przypadek jest tego dobitnym przykładem.
Oryginalny tytuł: Przypadek
Produkcja: Polska, 1981
Dystrybucja w Polsce: 35mm.online

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
