
Są takie filmy, które już w trakcie oglądania jawią się nam jako prawdzie arcydzieło, objawienie i doświadczenie, którego nigdy wcześniej nie przeżyliśmy. Może nawet nie byliśmy świadomi, jakie emocje siedzą w głębi nas. Bo choć kino już rzadko kiedy potrafi nas zaskoczyć, a w punkcie, w którym obecnie się znajduje ciężko o coś zupełnie świeżego, co jakiś czas wyrasta prawdziwa perła. Niczym kwiat na spalonej słońcem, ciężkiej od kurzu pustyni.
Ojciec i syn z rozpaczą wypisaną na twarzach wypytują uczestników trwającego na pustyni Maroka rave’u o zaginioną córkę i siostrę. Z rozrywającą bębenki muzą przedzierają się przez tłumy wyrwane rodem z filmów o Mad Maxie, a wszelkie próby komunikacji kończą się mizernym skutkiem. Luis (Sergi López jako jedyny profesjonalista w obsadzie) i jego syn Esteban (Bruno Núñez Arjona) rozdają ulotki z podobizną członkini swojej rodziny, choć ich dążenia, by powrócić z nią całą i zdrową wydają się z góry skazane na porażkę.
Gdy lokalne władze z karabinami w rękach zamykają imprezę, nasi bohaterowie dołączają do grupy radosnych, kolorowych zawawkowiczów, którzy zmierzają w głąb pustyni na kolejny rave. Są to Steff (Stefania Gadda), Josh (Joshua Liam Herderson), Bigui (Richard 'Bigui’ Bellamy), Tonin (Tonin Janvier) i Jade (Jade Oukid) – amatorscy aktorzy, którzy w pewnym sensie wydają się grać samych siebie i robią to z taką skutecznością, że wyglądają jak żywcem wyciągnięci z pustynnej techniwaki.
Gdzieś w tle rozbrzmiewają informacje o eskalującym konflikcie, będącym bardzo mocną aluzją do nadchodzącej (a może w trakcie czytania tego tekstu już trwającej) wojny na terenie Unii Europejskiej. I choć wojenne echa dosięgają naszych bohaterów w postaci wspomnianego, w pełni zmobilizowanego wojska czy wygórowanych cen za paliwo, pozostają oni skupieni na własnym celu. Tak, jakby kolektywnie przeżywali pewną społeczną traumę. Ale jak to w życiu bywa, nieszczęścia lubią chodzić stadami…
Sirāt jest filmem, który wziął mnie zupełnie z zaskoczenia. Po pierwsze szedłem na niego zupełnie w ciemno, bez nawet elementarnej wiedzy na temat tego, czego dotyczy. Po drugie jego konstrukcja postawiona została tak, że atakuje nasze receptory w najmniej spodziewanych momentach. Nie będę mówił tutaj oczywiście o fabularnych przystankach na drodze przez suchą, piekącą pustynię, ale zdradzę tylko, że są to chwile emocjonalnie druzgocące, z jednej strony działające jak wyskakujące mordy w horrorach, z drugiej po prostu obnażające kruchość naszego jestestwa. Nie jest to miła przejażdżka z jointami (choć te też tutaj są) i muzyką na zakurzonych głośnikach, to bardziej wyprawa do samego Jądra Ciemności, tego metaforycznego i dosłownego.
Wizualnie film zapiera dech w piersiach i kino jest jego obligatoryjnym sposobem doświadczenia. Zdjęcia Mauro Herce’a uchwycą marokańską pustynię zarówno z całą jej monochromatyczną wielkością, jak i delikatną intymnością. Nocne sekwencje pozostają, przynajmniej dla mnie, niezapomniane. Skąpane w reflektorach wielkich samochodów i nieprzeniknionych cieniach przypominają nieco kosmiczne krajobrazy znane raczej z kina science fiction. A wszystko to podkręca elektroniczna partytura Kangdinga Raya, którego kinowy debiut pulsuje surową, hipnotyczną energią, odzwierciedlając zarówno kulturę rave, jak i spustoszenie krajobrazu i przemierzających go bohaterów. Nic dziwnego, że ścieżka dźwiękowa zrobiła furorę w Cannes.
Film Olivera Laxe ma w sobie to pożądane przeze mnie, hipnotyczne piękno, które sprawia, że kulminacyjne wydarzenia uderzyły we mnie z taką mocą. Film został nakręcony zarówno w Maroku, jak i Hiszpanii, gdzie ostre i nieprzystępne klify Rambla de Barrachina stanowią cichego, beznamiętnego, acz pełnoprawnego bohatera tragicznych wydarzeń. Nie jestem przekonany do faktu, że oglądanie go w domu, nawet na najlepszym sprzęcie, odda całość jego charakteru. No ale cóż, z drugiej strony nie poleciłbym tego filmu pierwszemu lepszemu widzowi w ogóle!
Chodzi mi o to, że jest to kino bardzo, bardzo specyficzne i wymagającego od widza nie tyle czysto filmowego doświadczenia, co cierpliwości i pełnego skupienia. Dla jednych będzie to po prostu pozbawiona głębi, artystowska wydmuszka o bandzie ćpunów kiwających się w transie do kakofonii na środku pustyni. I ja to w pełni rozumiem. Może to oni mają rację. Ja wiem natomiast, że dla mnie była to podróż oczyszczająca, jak wejście do maszyny piaskującej. Wyszedłem może nie nowym człowiekiem, ale czuję, że coś we mnie pękło i moja wiara w sens naszego istnienia została jeszcze bardziej podkopana. Ale jakkolwiek nihilistycznie to nie zabrzmi, właśnie tego potrzebuję w codziennym bytowaniu.
Oryginalny tytuł: Sirât
Produkcja: Hiszpania/Francja, 2025
Dystrybucja w Polsce: kinonh.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
