
Oby przyszło Ci żyć w ciekawych czasach. Tak brzmi znane przekleństwo chińskiego pochodzenia, które dzisiaj nabrało tak wiele ponurej głębi, że słyszę go coraz rzadziej. Czasy mamy może i ciekawe, ale ciężkie, niepewne i, co najważniejsze, niebezpieczne. Nad głowami krążą drony nieznanego pochodzenia (ewentualnie rosyjskiego), do głosu dochodzą coraz bardziej skrajni prawicowi ekstremiści, a na ludziach wykluczonych dokonuje się regularnej zbrodni. Witamy w rzeczywistości roku 2025, czasów mam nadzieję ostatecznych.
Upadek boli najbardziej tam, gdzie kapitalizm rozbujał gospodarkę i społeczeństwo do granic ich wytrzymałości, dlatego też tak wielu amerykańskich twórców kina zaczyna mocno oraz dosadnie kontestować własną rzeczywistość. A że najciekawsze rzeczy twórczo zawsze działy się po lewej stronie, widzę jakąś kulturową rewolucję, czynnie stawiającą opór reżimowi Donalda Trumpa i jego zaciskającej żelazną pięść administracji. Robił to Ari Aster w swoim genialnym Eddington (2025), robi to teraz 11-krotnie nominowany do Oscara Paul Thomas Anderson w swojej przebojowej Jednej bitwie po drugiej.
Cała machina marketingowa, z plakatami i zwiastunami na czele, sugerowały, że film ten skupia się na postaci granej przez Leonardo DiCaprio. Jednak wszystko zaczyna się odpostaci Perfidii Beverly Hills (Teyana Taylor), charyzmatycznej i dobrze zbudowanej – fizycznie jak i ideologicznie – rewolucjonistki z rebelianckiego oddziału French 75. To właśnie za nią podąża pierwszy akt, gdy jej zespół szturmuje ośrodek dla imigrantów, aby uwolnić przetrzymanych w nim ludzi. Od tego stamtąd angażuje się w relację z dwoma bardzo różnymi mężczyznami, zarówno pod względem aparycji, jak i wyznawanej polityki.
Pierwszy to Pat „Ghetto Pat” Calhoun (DiCaprio), spec od bomb i materiałów wybuchowych, którego entuzjazm dla sprawy jest tak samo rozgrzany, jak jego rzemiosło. Drugi to pułkownik Steven J. Lockjaw (Sean Penn), twardy wojskowy, który co prawda ideologicznie stoi w opozycji do Perfidii, ale nie potrafi na jej widok powstrzymać swojej, że tak powiem, męskości. Ten pełen napięć trójkąt zasiewa ziarno w postaci córki o imieniu Will, której nigdy nie będzie dane poznać swojej matki.
Sam poszedłem na film zupełnie w ciemno, przyznam nawet, że nie widziałem ani jednego zwiastuna. Po prostu założyłem w ciemno, że Paul mnie nie zawiedzie. I wiecie co? Nie zawiódł. Ba! Dał mi coś więcej niż tylko przyjemnie spędzony czas (a są to prawie trzy godziny!) i wychodząc z kina, wiedziałem już, że jest to film wskakujący z miejsca na moje osobiste podium najlepszych produkcji roku 2025! Lubię dzieła kultury, w których postacie na początku nie są szczególnie sympatyczne. Tutaj przeprowadzają wiele zamachów bombowych, morderstw i kradzieży, a otwarta deklaracja Andersona, po której stronie politycznego sporu się opowiada, może być dla wielu nie do przeskoczenia. Na bardziej cynicznym poziomie film pokazuje jednak, że ci rewolucjoniści również zawiedli. Postać DiCaprio z czasem staje się przecież antyspołecznym użytkownikiem alkoholu, który smaży swój mózg kolejnymi substancjami.
Nie powiem jednak, że Jedna bitwa po drugiej to najbardziej przystępne dla szeroko pojętego mainstreamu dzieło Andersona. Co prawda polityczna analogia jest dość jasna, w końcu każdy rozgarnięty człowiek wie, że wróg jest na prawicy, to jednak jest tutaj wiele miejsce dla całkiem sporej ilości osobistych, mocno zakotwiczonych w samej postaci twórcy elementów. Anderson z gracją łączy elementy czarnej komedii na granicy z totalną satyrą, nie narażając na zatarcie się napięcia leżącego u podstaw filmu ani głębszych emocji, jak realcja ojca i córki. Znajduje swój własny rytm, który nie musi być konwencjonalny, czasami bardziej przypomina jakiś twórczy freestyle, ale trudno mu nie przytaknąć z uznaniem.
W zasadzie można odnieść wrażenie, że momentami tempo filmu poddaje się całkowicie obecnej w nim muzyce Jonny’ego Greenwooda. I jeśli ktoś tak, jak ja, odbiera kino holistycznie, jako synchronizację dźwięku i obrazu, to będzie nowym filmem Paula zupełnie oczarowany. Obecne tutaj często i gęsto sceny walki oferują mieszankę slapsticku i rozdzierającej serce dramaturgii. Odzwierciedlają dokładnie to, jak przemoc działa w wielu amerykańskich mediach, będąc jednocześnie rozrywką i sposobem wpływania na nasze emocje. Jednak najbardziej ekscytującą sekwencją jest pościg samochodowy w kulminacyjnym momencie filmu, który stawia nas w rolach jednocześnie tych ściganych, jak i ścigających. Rezultatem jest prawdziwy rollercoaster, mający moc wywracania naszego żołądka do góry nogami.
Jedna bitwa po drugiej to kino wybitne. Łącząc w sobie hollywoodzki rozmach z całą tą plejadą absolutnie topowych aktorów, nie boi się również zagłębić się w surowe i bezwzględne bagno zwane polityką, doprawione sporą dozą osobistych refleksji. Fajnie, że twórcy coraz odważniej mówią o kondycji dzisiejszej Ameryki językiem wspomnianego Hollywood, nie kryjąc się w kulturowym podziemiu czy maskując wszystko masą metafor. To po prostu cudowny kawałek rozrywki, kina zaangażowanego społecznie, osobistego dramatu i dystopijnej komedii sytuacyjnej. Cholera, idźcie oglądać nowego Andersona, bo dał nam całe piękno sztuki filmowej w jednej pigułce, a raczej nabitej lufce.
Oryginalny tytuł: One Battle After Another
Produkcja: USA, 2025
Dystrybucja w Polsce: warnerbros.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
