Friz i Wersow. Miłość w czasach online (2025)

Friz i Wersow. Para (kolejnych) polskich wątpliwej jakości celebrytów zniknęła na dwa miesiące z internetu, żeby w prywatności przeżyć swój ślub i te sprawy. Ta niezwykła intymność zaowocowała… filmowym skrótem tego czasu wyświetlanym na wielkim ekranie. Czy Friz i Wersow. Miłość w czasach online – produkcja o parze, która sprzedała wszystko, wart jest poświęcenia tych prawie dwóch godzin męczenia się… Przepraszam. Oglądania?

Trudno jest mi uwierzyć, że ktoś naprawdę mógł pomyśleć, że życie „królewskiej pary polskiego internetu” (samozwańczej najprawdopodobniej) – Friza i Wersow – zasługuje na dokument kinowy. A jednak! Powstał majstersztyk żenady. Film miał pokazać, jak grzmią slogany, „prawdziwe oblicze” influencerów. W rzeczywistości trochę to się nie udało. Film jest niczym innym jak przedłużeniem ich Instagrama. No, może z lepszym oświetleniem (o co nie trudno…) i niestety dłuższym czasem trwania. Friz i Wersow. Miłość w czasach online to fantastyczny dowód na to, ze nawet szczerość można udawać prawdziwie! Autopromocyjne banały, plastikowy blask od którego dostałam oczopląsu i brak popcornu za darmo – to wszystko czeka na skazańców. Widzów, oczywiście, widzów.

Miłość w czasach online opowiada o relacji Friza i Wersow (Dżizas, ale kto to właściwie jest?!) i o tym, jak ciężką, niesprawiedliwą i w ogóle przeszli drogę – od internetowych celebrytów do kochającego się małżeństwa zakładającego rodzinę. Można zobaczyć też jak robią z siebie bohaterów, bo przecież biedni musieli walczyć z nagonką mediów i presją opinii publicznej. Takie rzeczy w życiu celebryty…? Dobry Boże, kto by pomyślał…

Może cały koncept tego… filmu (to mi nie chce przejść przez klawiaturę) brzmiał poważnie… Ale to tylko pozory! Zamiast analizy rzekomego fenomenu pary kretyyyy… Pary influencerów, mamy prawie dwugodzinny spot reklamowy dotyczący ich idealnego życia. Słowem, cudo! Oczywiście w Miłości w czasach online nie brakuje ujęć z kawą na tarasie, sesji ślubnej stylizowanej oczywiście na Zmierzch i moim faworytem, czyli powtarzanym do bólu przekazem, że „miłość przetrwa wszystko – nawet hejt”. Niesamowite. Głębia w filmie? Równa zeru. Autentyczność? Jeśli śnieżnobiały – na pewno turecki – uśmiech do kamery czy łza pod światło to szczerość… No, to tak. Jest jej w filmie bardzo dużo.

Reżyserem filmu jest Krystian Kuczkowski – specjalista od rzeczy beznadziejnych, któremu wyszedł w miarę tylko jeden film (Ania, gwoli ścisłości). Pewnie, że nie zawiódł! W końcu powstał gniot jakich mało. Ale wracając – Kuczkowski chyba próbuje udawać, że Friz i Wersow. Miłość w czasach online opowiada o zderzeniu miłości z kulturą internetu. W praktyce? To kolejna odsłona „projektu Friz” – przemyślanego, perfekcyjnie wypolerowanego produktu medialnego. Nie ma tu miejsca na spontaniczność, ludzki przecież błąd czy choćby minimalną rysę. Momenty w filmie, które miały być jakże trudne, czyli konflikty, plotki i hejt, wyglądają jak dopracowane pod każdym względem sceny. Weros… Wresos… Wseros… No, Wersow! Mówiąca o – teraz uwaga – „przekraczaniu granic prywatności”? Oczywiście, to wcale nie jest zagrana pod idealne światło scena, z dobraną w tle muzyką i fryzurą niczym z reklamy szamponu…

Poza wszystkim tym, co napisałam wyżej, czyli po całym moim HEJCIE, mogę powiedzieć, że najbardziej irytuje mnie to, że Miłość w czasach online natrętnie próbuje wmówić widzowi, że ogląda coś cholernie ważnego. Narracja oparta na kliszach brzmi jak mowa motywująca rodem z TikTokowego piekiełka. Jeśli liczysz na jakąkolwiek refleksję o tym, czym naprawdę jest życie w sieci, no to skutecznie się zawiedziesz. Sława deformująca relację? Wpływ presji widowni na prywatność? No, nie. Nic. Miłość w czasach online to po prostu kolejne „stories”. Tylko, że tym razem na wielkim ekranie. I z większym budżetem.

Friz i Wersow to para, której imperium zostało zbudowane na autopromocji. Miliony followersów, własna marka, nawet własne dziecko, a do tego dom i prywatni hejterzy… Cóż, najwyraźniej para influencerów uznała, że do pełni szczęścia brakuje im tylko jednego: dokumentu o ich jakże ciężkim życiu, który uświęciłby ich wizerunek. Problem w tym, że z Miłości w czasach online zamiast dokumentu wyszła laurka. Film, który miał być przecież tak szczery, że aż boli, wcale nie zdejmuje maski z Friza i Wersow. Powiem więcej, on ją jeszcze mocniej przykleja. Wyszłam z kina z poczuciem, że zobaczyłam właśnie dłuższy trailer ich życia. A na pewno nie jego prawdziwą wersję.

Pod względem filmowym – poniżej przeciętności. Montaż błyszczący niczym reklama najlepszych perfum, muzyka z banku dźwięków YouTube’a i dialogi. Dialogi tak drewniane, że naprawdę trudno jest uwierzyć w to, że nie są napisane przez scenarzystę. Całość wygląda jak zaplanowana kampania PR-owa.

Milość w czasach online? Bardziej: Marketing w czasach bezkrytyczności. To film, który mówi tak naprawdę o wszystkim i o niczym. To film, który udaje dokument. To film, który jest kolejną częścia tej samej nudnej telenoweli internetowej…

Chciałam tylko wspomnieć, że film już teraz znajduje się w TOP3 najgorszych polskich filmów EVER! Na Filmwebie ocena od widzów to i tak zawyżone 1,9. Za to krytycy mnie nie zawiedli. Według nich Friz i Wersow. Miłość w czasach online zasługuje na… 1,0. Można dać mniej? Bo ja chętnie.

Friz i Wersow na pewno są zadowoleni ze swojego „dzieła życia. W końcu dostali to, co lubią najbardziej: atencję. Tylko szkoda widzów, którzy liczyli na coś więcej niż tylko dwie godziny pięknie opakowanej pustki…

Oryginalny tytuł: Friz i Wersow. Miłość w czasach online

Produkcja: Polska, 2025

Dystrybucja w Polsce: NEXT Film

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *