
Kino greckie nie gości na naszych stołach zbyt często w przeciwieństwie do sera lub baraniny. Każdy jednak obraz z tego kraju, jaki dane mi było obejrzeć, był jakiś i nie pozostawiał obojętnym, wymykając się klasycznym klasyfikacjom. Nie inaczej ma się sprawa z Wyspą śmierci w reżyserii Nico Mastorakisa z 1976 roku.
Jest to naprawdę obskurna produkcja spod znaku taniej eksploatacji dla widzów, którym nieobce są wszelkie dziwactwa, dewiacje seksualne, morderstwa, czy też inne cuda. Już sam plakat filmu wiele obiecuje i wbrew tradycji rzeczywiście treść dowozi, spełniając oczekiwania zwyrodniałego odbiorcy sztuki filmowej.
Pewna para ludzi Chris (Robert Behling) i Celia (Jane Lyle) przybywa na grecką wyspę Mykonos celem wynajęcia pokoju na lato. Okoliczni mieszkańcy biorą ich za młodą parę, która chce spędzić na wyspie miesiąc miodowy. Pierwszego dnia pobytu Celia odrzuca poranne awanse Chrisa, który wyładowuje swoje seksualne frustracje na kozie. Później podczas obiadu, para poznaje francuskiego malarza, który jest ewidentnie zainteresowany Celia. Spotyka go za to odpowiednia kara.
Chris i Celia poznają kolejne postacie z osobliwej wyspiarskiej społeczności. Jakoś tak się składa, że wszystkich ich czeka zły koniec. W końcu na wyspie zjawia się amerykański policjant Foster (Gerard Gonalons), który jest na tropie rzekomych małżonków. Jak się okazuje, jest to para zwyrodnialców i sadystów, którzy mordują ludzi. Podobny los spotyka także Fostera. Chris i Celia zostają jednak zdemaskowani i muszę uciekać. Spotykają niemego pastucha, który dokonuje na nich czynów lubieżnych.
Film zawiera wszelkiego rodzaju zboczenia, których trudno uraczyć w mainstreamowych produkcjach. Mamy tu, chociażby elementy zoofilii, kazirodztwa, seks w różnych kombinacjach, pissing, gwałty czy też stare dobre morderstwa, o które rozbija się cała kwestia. Główny bohater ma się za mesjasza, który chce karać zdemoralizowany świata zachodu, męczący i deprawujący niewinnych greckich wieśniaków.
Sam przy tym jakby zapomina, że też jest jego częścią, a jego dewiacje są o wiele gorsze niż zapędy, które tak zaciekle atakuje. Wmieszany jest w to wszystko oczywiście też aspekt religijny. Główny bohater to ewidentnie kompletny świr, który dopisuje filozofię do swoich zbrodniczych tendencji i działań. Reprezentuje butę zachodniego człowieka, który uzurpuje sobie prawo do mówienia innym, jak mają żyć. Moralne prawo człowieka pozbawionego sumienia.
Seks seksem zwalczaj, można by powiedzieć, obserwując wydarzenia na ekranie. Problem w tym, że bohater jest samozwańcem i spotyka go ostatecznie zasłużona kara. Spada ona z rąk tych, których wcześniej tak bronił, czyli niewinnych wieśniaków. Oni też są zdeprawowani sami z siebie i nie potrzebują turystów, by gwałcić ludzi analnie.
Ostatecznie wychodzi na to, że krucjata Chrisa była ledwie farsą podbitą przez obłudę i hipokryzję. Film jest dość surowy w wyglądzie, lecz ta szorstkość i niedoskonałość dodaje mu tylko charakteru. Należy się też liczyć, ze sporą ilością golizny, przemocy oraz symulowanego seksu. Jest to zatem pozycja głównie dla koneserów kina niższych klas, które lubi przekraczać granice dobrego smaku.
Oryginalny tytuł: Ta Paidia tou Diavolou
Produkcja: Grecja, 1976
Dystrybucja w Polsce: BRAK

