
Ależ to było piękne osiem odcinków wspaniałego serialu, na który czekałem tak bardzo po równie cudownym sezonie pierwszym i najnowszej inkarnacji Supermana. Mogę powiedzieć bez krzty zastanowienia „Gunn ufam Tobie„. Nie będę ukrywał, bardzo podoba mi się jego kierunek dla filmowego świata DC i sprawił on rzecz niemożliwą, dziś ciekawsze jest dla mnie co dzieje się tam, niż w wielbionym przeze lata Marvelu. Karta Jokera (heh) jednak lubi zamieszać na stole.
Ciężko jest streścić fabułę komuś, kto nie widział nic wcześniej, bo tytułowy bohater działa już w ramach dość mocno uformowanego uniwersum i ma za sobą całą masę przygód. Nawet nie będę próbował tutaj opisywać Wam wszystkich zawiłości, z pewną dość głośną podmianką na czele, więc postaram się tłumaczyć to, jak laikowi. Tak, nie ma sensu siadać do drugiego sezonu bez obejrzenia pierwszego, a i znajomość wspomnianego Supermana będzie wielce pomocna.
Chris, czyli tytułowy Peacemaker (w tej roli wspaniały John Cena) to bohater rozbity, zmierzający ciągnącą się drogą ku naprawianiu własnej osoby. Przypomnę tylko, że w poprzednim sezonie zabił własnego ojca! Nie jest doskonały, wciąż musi przezwyciężyć własną traumę związaną z dorastaniem, zresztą jak reszta jego ekipy, która musi przepracować swoje problemy.
Do rzeczy osobistych dochodzi również motyw międzywymiarowych wycieczek do uniwersum, gdzie na pierwszy rzut oka Peacemakera wszystko się zgadza. Jego brat i ojciec żyją, co więcej, są lokalnymi superbohaterami, którzy w fikuśnych pancerzach walczą ze „złem”. Jego złamane serce leczy alternatywna Harcourt (Jennifer Holland), a świat wokoło wydaje się traktować go niczym gwiazdę rocka. Wszystko wygląda jak idylla, problem tylko… no nie, nie powiem tego, bo zepsuję tym, którzy nie oglądali, jeden z najlepszych twistów w kinie superhero w ogóle!
Bardzo podoba mi się fakt, że pomimo istnienia międzywymiarowego portalu i równoległych wszechświatów, drugi sezon Peacemakera jest o wiele bardziej ugruntowany i zawieszony blisko postaci, niż widzieliśmy to poprzednio. Nie ma tu jakiegoś ogromnego zagrożenia dla całego świata, a jedyną rzeczą, z którą nasza drużyna musi się zmierzyć, jest trauma. Kiedy Harcourt nie jest w stanie dostać pracy, widzimy, jak szlaja się po szemranych barach tylko po to, by wszczynać bójki. Adebayo ma do czynienia z okresem kryzysu w swoim małżeństwie, gdy zdaje sobie sprawę, że jej matka miała rację co do jej pragnienia robienia czegoś bardziej aktywnego, aby pomóc ludziom. Economos utknął między utrzymaniem pracy w ARGUS a próbą bycia dobrym przyjacielem. A Vigilante próbuje dowiedzieć się, jak otworzyć się na ludzi, mimo że wyraźnie nie jest zdrową psychicznie osobą.
Dlatego też nie będzie jakoś bardzo wstyd, jeśli powiem, że oglądając finał tego serialu, mi, 30-letniemu chłopu chodzącemu na siłownię i żyjącego życiem łowcy, przyprawił kilka łez w oczach. Tak panie Gunn, umie pan w kino superbohaterskie będące czymś więcej, niż tylko kolorową papką dla dzieciaków, tych z metryki, i tych mentalnych. Poza znanym nam zespołem jest kilka nowych postaci związanych z ARGUS, które sprawiają, że wszystko jest jeszcze bardziej złożone i ciekawe. Dodanie Franka Grillo jako Ricka Flaga Seniora zdecydowanie komplikuje historię Chrisa, ponieważ jest on skłonny poświecić wszystko, by tylko pomścić śmierć swojego syna z rąk Peacemakera. To chyba jedyne takie namacalne zagrożenie, które ściga naszego bohatera i wydaje się wyczekiwać odpowiedniego momentu, by tylko nam go zabrać.
Tyle tylko, że ustawienie pionków na planszy po bardziej emocjonalnej stronie może nie pasować wszystkim tym, którzy po tego typu seriale sięgają dla wartkiej, efekciarskiej akcji. Są tutaj może ze dwa czy trzy momenty, kiedy dostajemy takie Gunnowskie sekwencje „fuck yea”, w których nasi bohaterowie mogą w większym stopniu zaprezentować nam swoje umiejętności. Dla kogoś będzie to za mało, dla mnie natomiast idealnie balansuje to z całym tym zamysłem, jakie twórca miał na ten sezon. Nie będę zatem narzekał, było dla mnie syto i całkiem smacznie, ale to nie było główne danie, to tylko deserek.
I choć do pierwszego sezonu Peacemakera podchodziłem dość sceptycznie, drugi oglądałem już w ciągu nieustającej euforii narastającej z każdym odcinkiem. To zdecydowanie jeden z najlepszych, najbardziej złożonych i „oddających” transferów z kart komiksów na mały ekran. Tyle tylko, że zdaję sobie sprawę z faktu, że jestem jednak widzem dość „specyficznym” (żeby już po sobie tak nie jechać) i lubię dzieła traktujące o ludziach dysfunkcyjnych, pogubionych czy po prostu wykluczonych, dlatego też w ekipie Johna Ceny poczułem się jak w rodzinie.
Oryginalny tytuł: Peacemaker
Produkcja: USA, 2025
Dystrybucja w Polsce: hbomax.com

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
