Pożegnanie z Olympią – ostatni taki koncert Jacquesa Brela

Staram się nie mieć idoli. Na co to komu? Nie lubię oddawania czci jakimś ludziom z telewizji czy kinowego ekranu. Muszę jednak przyznać, że nawet ja mam grupę artystów, których darzę specjalną sympatią.

Nie mam wprawdzie ich ołtarzyka w domu, ale na pewno mam do nich jakąś taką słabość. Jednym z takich ludzi jest na pewno Jacques Brel. Ten belgijski szansonista, który największą sławę zdobył we Francji w latach 60., zawsze budził u mnie pozytywne skojarzenia, mimo że nie pamiętam w sumie, kiedy pierwszy raz o nim usłyszałem. Zapewne musiało to być w jakiejś audycji radiowej.

Brel jest dla mnie postacią kultową, chociaż nie próbuję się do niego upodobnić. Ubieram się zupełnie inaczej, nie piszę piosenek i nie umiem śpiewać. Lubię za to słuchać, jak śpiewa Brel, a jedną z okazji do tego stała się płyta DVD z zapisem jego słynnego występu w hali L’Olympia zarejestrowanego w 1966 roku.

Płyta dotarła do mnie zza oceanu i można mieć było obawy, czy uda się ją odtworzyć na moim gramofonie. Wprawdzie z pewnymi perturbacjami, ale sztuka ta udała mi się. Na zawartość krążka składa się kilkanaście utworów z występu na żywo oraz jakiś taki krótki, kilkuminutowy wstępniak, który ma za zadanie przybliżyć odbiorcom kulisy koncertu.

Widzimy na nim urywki sprzed przybytku kultury. Rozświetlone neonami ulice przenoszą nas w czasy w sumie niedawne, ale jednocześnie jakże odległe. Następnie widzimy, jak Brel łazi w garniturze, a potem w szlafroku po różnych pomieszczeniach. Pali peta i towarzyszy mu milion ludzi, którzy próbują z nim rozmawiać. Najważniejszy jest jednak sam występ, na który czekałem z niecierpliwością.

Sporych rozmiarów sala spowita była w ciemności. Scenę oświetlało jedynie jedno punktowe światło. Reflektor świecił na gwiazdę wieczoru, czyli wielkiego Jacquesa, który w na pozór elegancki, ale jakby też niechlujny sposób tworzył kolejne historie w swoim dobrze znanym, plastycznym stylu. Co nieco zaskakujące Brel o wiele więcej skakał i machał rękami podczas występów, niż się spodziewałem. Na scenie towarzyszył mu skromny akompaniament.

To jednak nie wszystko bowiem za kurtyną schowana była cała orkiestra muzyków. Byli ukryci prawdopodobnie, by nie rozpraszać publiki. Dobrze jednak, że byli niewidoczni, bo dzięki temu kompozycje nabierały głębi, rozbrzmiewając z pełną mocą. Aż do samego finału, w którym zgrzany jak dziki osioł Brel pozdrawiał w szlafroku widownię, która nie chciała opuścić hali, domagając się dalszego kontaktu ze swoim mistrzem.

Muszę szczerze przyznać, że pierwsze dwie trzecie koncertu, chociaż na pewno interesujące, nie do końca mnie satysfakcjonowały. A to z uwagi na fakt, że Brel śpiewał w nich kawałki dla mnie mniej znane. Nie było żadnych moich osobistych faworytów, więc nie do końca dałem się porwać występowi. Wszystko to jednak zostało wynagrodzone podczas ostatnich 20 minut, kiedy to na scenę wjechały takie hity jak Ces gens-là, Jef, Les Bonbons, Au suivant czy Le Plat Pays.

Jako ciekawostkę można podać, że ten ostatni utwór był jedynym, w którym Brel grał na jakimś instrumencie, a mianowicie na gitarze. Nie mogło oczywiście również zabraknąć matki wszystkich piosenek, czyli kompozycji Amsterdam. Jest to chyba najlepsza wersja tego utworu, jaką zarejestrowano, w pełni oddając jej przejmujący charakter. Brel zdecydowanie był zwierzęciem scenicznym, które swoją energią i ekspresjąmogłoby obdarować niejednego artystę. Dla jego fanów koncert w Olympii to pozycja obowiązkowa, a dla innych powinien stanowić dobrą okazję do złapania zajawki na utalentowanego Belga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *