Ostatni Wiking (2025)

Jakież było moje zaskoczenie, widząc tytuł skandynawskiego filmu, brzmiący Ostatni Wiking, kiedy całkiem niedawno oglądałem inny, skandynawski film brzmiący tak samo. Co więcej, tamten film naprawdę mi się podobał, więc instynkt samozachowawczy poprowadził mnie do kina z poczuciem, że będzie to równie udany seans. No i wychodząc z sali mogłem już śmiało stwierdzić, że udany to słowo za małe i właśnie obejrzałem jeden z najlepszych filmów roku!

Żeby nie było, z filmem z 2021 roku zbieżny jest tylko tytuł, bo dzieło Andersa Thomasa Jensena jest zupełnie inną historią, podnoszącą odmienne tematy, rozkładającą akcenty w całkowicie różnych kierunkach. Jeśli już miałbym szukać jakiegoś punktu zaczepienia we współczesnej popkulturze, to chyba spojrzałbym w kierunku tej bardziej kameralnej twórczości Tarantino, choć jest to tylko luźne rzucenie okiem, bo jednak Jensen maluje swój autorski krajobraz.

Wszystko zaczyna się, gdy zatwardziały złodziej Anker (Nikolaj Lie Kaas) wychodzi po 15 latach grzania puchy, gotowy do odzyskania łupu w wysokości 20 milionów ukrytego przez jego brata Manfreda (Mads Mikkelsen). Manfred ma głębokie zaburzenia własnej osobowości spowodowane życiem w głębokim spektrum autyzmu. Szlak prowadzi do ich dawnego domu z dzieciństwa, dziś miejscówki wynajmowanej przez Airbnb i prowadzonej przez dysfunkcyjną parę Margrethe (Sofie Gråbøl) i Wernera (Søren Malling).

Kłopoty czekają jednak za każdym rogiem. Będący przeszłością Ankera majster i bandzior w jednym, Flemming (Nicolas Bro), nachodzi rodzinę, by odzyskać część zrabowanej gotówki. Manfred nie chce/nie może ujawnić kryjówki, poza tym, teraz identyfikuje się jako John Lennon. Gdy bracia trafiają do rodzinnego gospodarstwa, wraca mroczne wspomnienie apodyktycznego ojca (Lars Ranthe), który uczynił życie braci prawdziwym piekłem. Kłopotów rzeczywiście jest dużo i potrzeba naprawdę sprawnej reżyserii, by je na ekranie okiełznać.

Lubię kino, które nie daje się zamknąć w sztywnych ramach jednego gatunku i żeglując tropami, potrafi nie tylko bawić widza, ale również dostarczać mu coraz większe dawki zaskoczenia. Ostatni Wiking to po części film o napadzie na bank z gangsterskim posmakiem, po części rodzinny melodramat i po części surrealistyczna komedia. Te dwa ostatnie elementy mozaiki bardzo mocno polegają na postaci Madsa i zgromadzonego wokół niego zespołu (dosłownie). W rękach innego reżysera pewnie wyszłoby to niesmacznie, wszak niegodnym jest śmianie się z osób w kryzysach umysłowej dysfunkcji. U Jensena czuć jednak wiele empatii, więc nawet obserwowanie tych wszystkich nieporadnych, odrealnionych sytuacji niesie ze sobą raczej rozczulenie niż typową bekę.

Śmiech jednak ustępuje poruszeniu, bo nalegania Manfreda by świat zapomniał o jego prawdziwej tożsamości, staje się sposobem, by pochylić się nad naszą niezwykłą, zbiorową zdolność do zapominania rzeczy, których wolelibyśmy nie pamiętać. Rola Madsa to również dla mnie mocna reprezentacja tego postępowego nurtu myślowego, że tożsamość to tylko narzucony społecznie konstrukt i tak naprawdę to, kim jesteśmy, jest w pełni płynne. Zgadzam się z nim, więc film Jensena jest dla mnie dziełem społecznie ważnym, forsującym idee, które uzdrowią nasze staroeuropejskie społeczeństwo. Oby więcej takich!

No i nie ma co mówić, Ostatni Wiking w kwestii wizualnej po prostu powala. Autor zdjęć, Sebastian „Makker” Blenkov, z malarską starannością uchwycił las w pobliżu Tollered, zamieniając krajobraz w odzwierciedlenie stanów psychicznych bohaterów, klaustrofobicznych, później przestrzennych, a finalnie ciemnych i ponurych. Bohaterowie tworzą odważne kontrasty na tym naturalnym, surowym tle, z odcieniami ziemi zderzającymi się z krzykliwymi retrospekcjami. Podobna paleta barw, jaką myślą bohaterowie.

Poszedłem, jak wspomniałem, wodzony instynktem, a z kina wyszedłem zachwycony! Nie chcę za bardzo spoilerować, ale nawiązania do Tarantino nie są przypadkowe, bo Ostatni Wiking w pewnym momencie… nie, nie będę mówić. Powiem tylko, że nie jest to kino dla ludzi o słabszych nerwach i tych, którzy stronią od ekranowej przemocy. I choć ta ostatnia jest tutaj czasami naprawdę dosadna i mocna, to nigdy nie w pełni nie przejmuje dusz bohaterów tej historii. A w tym całym zwariowanym, kapitalistycznym świecie potrzebujemy takich właśnie pełnych empatii opowieści. Jestem po prostu rozczulony filmem Jensena.

Oryginalny tytuł: Den sidste viking

Produkcja: Dania, 2025

Dystrybucja w Polsce: bestfilm.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *