Kury są niepozorne. Często oskarżane o mały móżdżek, są w istocie dość inteligentne i towarzyskie. Zasługują na coś więcej niż trzymanie w klatkach.
Podobnie jest z ludzkimi Kurami, czyli zespołem muzycznym, który powstał 1992 roku. W historii zapisał się on głównie wydaniem albumu P.O.L.O.V.I.R.U.S. w 1998 roku. Krążek ten odbił się głośnym echem i do dzisiaj ma dla wielu status kultowy. Późniejsze wydania grupy nie przyniosły takiego rozgłosu, a kapela przestała nagrywać. Zmieniło się to jednak w ostatnim czasie. Po ponad 20 latach przerwy muzycy ponownie się spotkali i postanowili stworzyć nowy materiał. Efektem tej współpracy jest album Uno Lovis Party, który niedawno miał swoją premierę.
Na najnowszą propozycję zespołu składa się 12 blank nowych utworów. Wydanie oficjalne albumu poprzedziło kilka singli. Nie zostały one wspomożone żadnymi dodatkowymi materiałami promocyjnymi w postaci teledysków. Każda piosenka, a właściwie jej tytuł łącznie z główną okładką zostały za to wyhaftowane i to one służą za graficzną oprawę. Nie wiem, kto jest autorem owych makatek, ale trzeba docenić tę osobę i przyznać jej specjalne wyróżnienie za włożoną pracę. Sam kiedyś trochę haftowałem i wiem, ile cierpliwości to wymaga.
Jeśli zaś chodzi o samo mięso, czyli muzykę, to zespół ponownie postawił na różnorodność stylów i motywów. Pierwsze trzy kawałki odznaczają się wpadająca w ucho melodią i łatwo przyswajalnymi tekstami. Na pierwszy plan wysuwa się tu Teflonowy mózg, czyli opowieść o chęci nabycia naturalnej ochrony przed szlamem, który nas otacza, a jego głównym motorem napędowym zdaje się cyberprzestrzeń. Potem mamy dwie miłe ballady, z czego pierwsza, jest chyba najbardziej optymistyczna na płycie. Memento amoris za to, to przewrotna pieśń miłosna o wspólnym umieraniu. Następnie przychodzi czas na najcięższy numer, czyli „Babilon upadł”, który zmienia nieco nastrój na bardziej mroczny.
Ważnym momentem na albumie jest utwór Leki, leki w groteskowy sposób zwracający uwagę na ważny społecznie problem zdrowia psychicznego, którego jakby zaczyna nam coraz bardziej brakować. „Mam Tourette’a” to powrót do chwytliwych rytmów oraz razem z „Dziękuję wam, przyjaciele”, najbardziej autorefleksyjny moment płyty.
Ogólnie można stwierdzić, że każdy fan kapeli powinien być zadowolony, znajdując na najnowszym wydaniu zróżnicowany materiał, utrzymany w dobrze znanym stylu, zarówno jeśli chodzi o formę, jak i treść. Nie jest to na pewno tak bekowe wydawnictwo, jak pamiętny P.O.L.O.V.I.R.U.S., ale taka płyta mogła chyba wyjść tylko raz. Ponoć muzycy próbowali się powstrzymywać przed bardziej prześmiewczym i radykalnym tonem. Może kiedyś usłyszymy również ponownie to wcielenie Kur, a tymczasem możemy się cieszyć nowymi dźwiękami, które brzmią świeżo oraz są dość łatwe do przyswojenia, oraz proste w przekazie.


