Predator: Strefa zagrożenia (2025)

W życiu nie spodziewałbym się, że idąc na nową odsłonę filmu o kosmicznym łowcy wyrywającym czaszki wraz z kręgosłupem, otrzymam jedną z najlepszych produkcji familijnych ostatnich lat, zostawiającą w tyle wszystkie ostatnie dzieła Marvela czy kinowe wydania Gwiezdnych Wojen. Ponadto jestem w tym obozie, który widzi w tym kierunku potrzebne odświeżenie serii, więc będzie to recenzja zdecydowanie nacechowana euforyczną radością, nie zaś psioczeniem, że to już nie Predator, że baby, że woke. Czymkolwiek to ostatnie jest.

Muszę jednak stanąć w obronie tych wszystkich sfrustrowanych ludzi, którzy w nowym filmie widzą zamach na ich wizję tego, czym Predator być powinien. Sam uwielbiam pierwszy film z 1987 roku, jego sequel, w gry konfrontujące kosmicznego łowcę z ksenomorfem zagrywałem się jako dzieciak z wypiekami na twarzy, a odświeżenie marki przez Dana Trachtenberga bardzo, bardzo mi się podobało. Tyle tylko, że obecnie uniwersum to jest już tak pojemne, w końcu już oficjalnie zrosło się ze światem Obcego, że znajdzie się w nim miejsce i na poważny horror, i na takie właśnie, quasi bohaterskie kino nowej przygody.

A jest to historia iście przygodowa, bo opowiada ona o Deku (Dimitrius Schuster-Koloamatangi), młodym i dość cherlawym przedstawicielu rasy Yautja, który wyrusza na pełną niebezpieczeństw planetę, by przytargać pod próg rodzinnego domu trofeum z największego drapieżnika, jakiego zna jego klan. Robi to oczywiście z powódek czysto tożsamościowych, bo jako najsłabszy w rodzinie, usilnie pragnie przypodobać się swojemu toksycznemu, wyznającemu jakże męski kult siły ojcu.

Zderzenie z fauną i florą odległego świata jest dla naszego Deka brutalne, bo w momencie pozbawiony zostaje praktycznie wszystkich swoich zaawansowanych technologicznie gadżetów. Zdany tylko na siebie i własne doświadczenie, spotyka pozbawioną dolnych kończyn androidkę Thię (w tej roli przepiękna Elle Fanning). Wykorzystując jej wiedzę na temat planety, obcy bohater rusza do leża owianej złą sławą bestii, po drodze przekonując się, że szuka nieodpowiedniego trofeum i być może stara się o respekt klanu, który nie jest jego.

Polski tytuł, Strefa zagrożenia, najlepiej oddaje charakter tego, w jakim miejscu przyjdzie dowieść swojej wartości Dekowi. Bardzo podoba mi się kreatywność Trachtenberga w kreowaniu ekosystemu, który w całości oparty jest na sile, dominacji i nieustannym polowaniu. Genna, bo taką nazwę nosi planeta, na którą trafił, roi się od drapieżników, tych małych, w formie gąsienic i larw, po naprawdę imponujące bestie, które na myśl przywodzą ikony japońskiego kina Kaijū. To świat, gdzie nawet rośliny czując zagrożenie, strzelają toksycznymi kolcami lub tną ostrymi jak brzytwa liśćmi. Dużo tutaj z estetyki gier wideo, jednak pasuje to do całej narracji idealnie.

Mimo faktu, że nie była to najdroższa produkcja w historii takich blockbusterów, Predator będący głównym bohaterem filmu nie jest ukrywany przed naszym wzrokiem i widzimy go w pełnej okazałości praktycznie od samego początku. Kamera często skupia się na jego twarzy, która pomimo swojej dziwacznej fizjonomii odzwierciedla całą paletę emocji: wściekłość, strach, dumę, zamieszanie. Zakładam, że te widoki są kompromisem i połączeniem klasycznej protetyki lub animatroniki i efektów cyfrowych. Ale niezależnie od tego, jak to zostało zrobione, wygląda to tak przekonująco, że widz po prostu akceptuje to jako żywe, zrodzone z krwi i kości stworzenie. A nawet nie stworzenie, bohatera, z którym naprawdę można się utożsamić. I jest to coś, czego nawet nie wiedziałem, jak bardzo potrzebuję w serii.

No i wszyscy ci, którzy narzekają na kategorię wiekową PG-13, mogą spać spokojnie. Strefa zagrożenia jest filmem brutalnym, momentami bardzo brutalnym. Cały trik polega na tym, że na ekranie masakrowani są albo inni przedstawiciele rasy Yautja, albo obca flora i fauna, albo mechaniczne androidy o ludzkiej aparycji. Dlatego też będziemy świadkiem rozcięcia w pół opancerzonego jednorożca, odcinania kończyn kosmicznym łowcom czy roztapianie syntetycznych twarzy pięknych, nieskazitelnych twarzy mechanicznych chłopców na posyłki korporacji Weyland-Yutani. Nie będzie spoilerem, jeśli powiem, że de facto w filmie tym nie występuje żadna postać ludzka, więc i też czerwonej juchy nie było potrzeby trzymać w wiadrze na planie.

Ja na nowej odsłonie Predatora bawiłem się znakomicie, kilka razy miałem to wzniosłe poczucie „fuck yeah”, innym razem śmiałem się do rozpuku, widząc kolejnego, słodkiego mapeta będącego maskotką filmu, by finalnie wzruszyć się ze szczęścia, że w starciu z toksycznymi relacjami rodzinnymi zawsze wygrywa kolektywne więzi, które sami sobie wybieramy. W końcu, jeśli nie pasuje nam nasza nadana rodzina, zawsze można znaleźć sobie nową, lepszą. I powtórzę się znów, ale nie sądziłem, jak bardzo potrzebowałem tak pokrzepiającego na poziomie relacji filmu i jak bardzo jestem zaskoczony, że dała mi to właśnie produkcja, która zaczynała od rozrywanych ciał czy napiętych mięśni Schwarzeneggera. Z wypiekami na twarzy patrzę w przyszłość marki.

Oryginalny tytuł: Predator: Badlands

Produkcja: USA, 2025

Dystrybucja w Polsce: disney.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *