Dzika banda (1969)

Siadając po raz pierwszy do Dzikiej Bandy te ładne kilka lat temu, miałem w głowie jedno – to film Sama Peckinpaha, więc taplając się w popkulturowej osmozie, spodziewać się można czegoś wyjątkowo brutalnego i demitologizującego nasze pojmowanie Dzikiego Zachodu. Peckinpah rzucił w kąt to, co robili dotychczas inni zachodni reżyserzy – konserwatywny uścisk Johna Forda, czysty styl Sergio Leone i humanistyczną złożoność Anthony’ego Manna – i wraz z westernem spojrzał w zupełnie innym kierunku.

Warto wiedzieć, że to właśnie dzięki temu filmowi zyskał przydomek „Krwawy”. Dlatego od razu zwrócę się do co wrażliwszych widzów, że na ekranie krwi leje się sporo. Jednak Dzika banda wciąż pozostaje czymś więcej niż festiwalem przemocy, jest rewolucją, która stała się opozycją dla ówczesnej cenzury panującej w Hollywood. Dlatego też oglądanie go dziś niesie ze sobą wartość nie tylko jako czysto filmowe doświadczenie, ale osadzając film w odpowiednich kontekstach, stanowi bardzo ważny wpis w rozwoju całego medium.

Omawiany tutaj film był nawet w stanie zabić romantyzm starego Dzikiego Zachodu w kinie i rozpocząć, choć niezamierzony, stopniowy upadek całego gatunku. Wypełniony tragicznymi postaciami zdefiniowanymi przez ich smutek i żal, film Peckinpah konfrontuje swoją publiczność z dość rzetelną reprezentacją wyjętych spod prawa i żyjących z przemocy oprychów. Bohaterowie to surowi mężczyźni postawieni w wyjątkowo fatalistycznych okolicznościach, związani ze sobą kodeksem honorowym, którego nawet sami nie przestrzegają. To obrazek bardzo daleki od tego, do czego przyzwyczajona była ówczesna widownia.

Po udanym skoku na biuro kolejowe w Starbuck na granicy teksańsko-meksykańskiej, gang Pike’a Bishopa (William Holden) zostaje skonfrontowany z grupą łowców nagród, dowodzonych przez byłego partnera Pike’a Deke’a Thorntona (Robert Ryan). Po zasadzce i krwawej strzelaninie tytułowa banda ucieka do Meksyku, ścigana przez grupę Thorntona, odkrywając, że ich łup to nic innego jak worki połyskujących śmieci. Po przybyciu do meksykańskiego miasta Agua Verde zawierają umowę z jego nadzorcą, generałem Mapache (Emilio Fernández), niezależnym meksykańskim wodzem walczącym po stronie Presedente de la Huerta, a jego celem jest kradzież broni i amunicji wojsku USA.

To tylko jako taki wstęp do całej historii opowiedzianej w filmie, bo ta okazuje się bardziej rozłożona między poszczególne siły polityczne i naprawdę epicka w swym bombastycznym (choć raczej maszynowym heh) finale. Mimo wszystko wciąż mamy do czynienia z historią przyziemną, ugruntowaną we własnym świecie tak mocno, jak mocno stąpają po nim jego bohaterowie. Peckinpahowi udała się trudna sztuka napisania złych postaci w taki sposób, że jako widzowie (mam nadzieję) hołdujący dobru, możemy się zapomnieć i kibicować im w wędrówce po tym wyjętym spod prawa szlaku. No i duża tutaj zasługa solidnej obsady, na której czele stoją takie figury, jak William Holden, Ernest Borgnine czy Robert Ryan. Te nazwiska to tylko jeden z powodów, dla których wielu kinomanów, w tym ja, wznosi Dziką bandę do miana arcydzieła.

Warto również wspomnieć o zapierającej dech realizacji filmu. Montaż każdej sekwencji jest technicznie i estetycznie znakomity, z wykwalifikowanymi kaskaderami dramatycznie spadającymi z budynków lub wypadającymi przez szklane okna. Huk strzelanin, panika postronnych obywateli i ogólny chaos będący tak naprawdę istnym baletem śmierci. Szybkie zbliżenia na usta wypowiadające wulgarne groźby, wiele kątów szczegółowo ukazujących rozlew krwi, czy długie kadry skupione na spoconych, męskich twarzach – Peckinpah udowadnia, choć nie on pierwszy, że nawet w tak ogranej konwencji, jaką jest western, można aspirować do miana estetycznej awangardy!

A jeśli już estetyka, to i przemoc. Dzika banda słynie przecież ze swoich dość odważnych wizualizacji, mających na celu obrzydzenie i zszokowanie publiczności. I robi to poprzez użycie tryskającej krwi, strzałów prosto w twarz, pokazywania ran wyjściowych, ciał rzucanych zalegających na piachu, przewracających się koni i wszelkiego rodzaju ludzi, chwiejących się na własnych nogach czy spadających z dachów budynków. A całemu temu szaleństwu towarzyszy nominowana do Oscara muzyka Jerry’ego Fieldinga. Ta kontrowersyjna epopeja była w dniu premiery tak samo wychwalana, jak i potępiana, hucznie zapowiadając przybycie odważnego, świeżego reżysera Sama Peckinpaha i wzmacniając ideę, że gatunek ten nie uległ jeszcze całkowicie rewizjonistycznym twórcom spaghetti westernu. Ameryka miała jeszcze coś do powiedzenia o swojej historii.

Zarówno o Dzikiej bandzie, jak i całej twórczości Peckinpaha napisano już całe prace naukowe, więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko kolejny raz zachęcić Was do sięgnięcia po ten przełomowy dla całego przemysłu tytuł. Nawet jeśli na hasło „western” kręcicie nosem, sprawdźcie, bo może właśnie będzie to ten tytuł, który odczaruje dla Was Dziki Zachód, prezentując zupełnie inne spojrzenie na, kolokwialnie mówiąc, końską operę. Nie jest to tylko czysta celebracja przemocy, jaka dziś dominuje w kinie, bo w tych spoconych, wyjętych spod prawa facetach jest więcej autorefleksji, niż w dwudziestu bohaterach współczesnego kina, znów upraszczając, „męskiego”. Arcydzieło w całym tego słowa znaczeniu.

Oryginalny tytuł: The Wild Bunch

Produkcja: USA, 1969

Dystrybucja w Polsce: vision.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *