Bugonia (2025)

Istnieje coś takiego jak bezgraniczna miłość, romantyczna albo twórcza. I tą drugą darzę od lat postać Jorgosa Lantimosa, greckiego twórcy kina, który każdym swoim projektem rozbija bank. Nic więc dziwnego, że na jego kolejny film idę z konkretnymi oczekiwaniami, nie spodziewam się nawet, że nie będzie to jedna z najlepszych produkcji danego roku. Albo więc mój obiektywizm jest zaburzony przez szczere uczucie, a może Lantimos po prostu kręci kino genialne.

Tegoroczna Bugonia jest właśnie kolejną cegiełką w murze bezgranicznej miłości, jaką darzę greckiego reżysera. To kino frapujące, wchodzące pod skórę swoim niepokojącym, często bardzo brutalnym stylem, ale też dostarczające tyle czysto eskapistycznej frajdy, że nie mogę nie odnieść wrażenia, że Jorgos znalazł jakiś klucz prosto do mojego serca. A powiem Wam szczerze, że grono osób posiadających takowe klucze jest bardzo wąskie. No i jak każde wielkie dzieło, jest to opowieść dość podatna na doszukiwanie się w niej uniwersalnej prawdy o ludzkim życiu. To zawsze wartość nadrzędna.

Bohaterowie to reprezentacja klas składających się na realia schyłkowego kapitalizmu. Mamy więc zafiksowanego na punkcie teorii spiskowych Teddy’ego (Jesse Plemons), który wciągnął w swój paranoiczny świat widocznie zaburzonego kuzyna Dona (Aidan Delbis). Ich misją jest porwanie Michelle Fuller (Emma Stone), CEO Auxolith, potężnej firmy farmaceutycznej prowadzonej wedle wszystkich prawideł Doliny Krzemowej. Chociaż akcja filmu rozgrywa się w hrabstwie Fayette w stanie Georgia, na przedmieściach Atlanty.

Fuller, o czym święcie przekonany jest Teddy, jest kosmitką w ludzkiej skórze pochodzącą z galaktyki Andromedy, zdeterminowaną do zniszczenia Ziemi. W roli Stone widać coś przygnębiająco znajomego, jest jak korporacyjny bot – częściowo Elon Musk, częściowo Elizabeth Holmes – przerażająco biegły w maskowaniu swojej nienawiści do ludzkości za maską performatywnej empatii. Jest arcysocjopatką, a jednak, o ile ktoś może skłaniać się ku kibicowaniu szurom, trudno wyłuskać z siebie więcej współczucia dla Teddy’ego. W końcu gościu sam manipuluje słabościami swojego kuzyna, przekonując go nawet do inicjacyjnej „kastracji chemicznej”.

Więcej o fabule nie będę mówił, bo zepsuję film wszystkim tym, którzy jak ja chcą go obejrzeć z „czystą kartą”. Powiem tylko, że jest to zdecydowanie najmocniej wypchany humorem film Greka. Nie zrozumcie mnie jednak źle, cały ostateczny wydźwięk opowieści ociera się wręcz o apoteozę antynatalizmu, serwując obrazy śmieci jako katartycznego dzieła sztuki, jednak znajdzie się miejsce na elementy wyrwane rodem ze slapstickowej komedii. Z drugiej strony, patrząc na takie Biedne istoty (2023), nie jest to najbardziej przystępny film tego twórcy. W zasadzie jego lwia część to wysłuchiwanie dość krępujących dialogów i oglądanie jeszcze bardziej frustrujących aktów przemocy.

Takie kino trzeba po prostu lubić. A ja uwielbiam, kiedy artysta kopie mi głęboko w głowie, zostawiając tam filozoficzny pesymizm, gotowy do dalszej kontemplacji. No i jako życiowy nieudacznik mam jakąś słabość do dzieł kultury, które wykorzystują klasowe nierówności jako punkt wyjścia do zbadania naszego pozornego impulsu do samozniszczenia. „Czasami gatunek po prostu się kończy” – odzywa się w pewnym momencie Fuller. To, co mogłoby łatwo popaść w prostacki cynizm, w Bugonii przeradza się poszukiwanie mrocznej ideologii teraźniejszości. Szczególnie patrząc na film pod kątem eksplorowania różnych form samotności.

Warto również docenić plastyczną stronę filmu. Autor zdjęć Robbie Ryan sprawia, że korporacyjny świat Michelle jest zimny, chorobliwie uporządkowany i rzeczywiście mający w sobie jakiś „obcy” pierwiastek, podczas gdy pełen chaosu dom Teddy’ego jest skąpany w nieco cieplejszym świetle, z długimi ujęciami panującego pod strzechą bałaganu i nocnymi rozmowami przy zapalonym ognisku, które żywo toczą ze sobą kuzyni. Jeśli już szukać punktu wspólnego tych dwóch przestrzeni, to będzie to piwnica, w której przetrzymywana jest Michelle. Miejsce konfrontowania się tej dwójki to znowu sceneria wyrwana rodem z jakiegoś mrocznego, hardcorowego horroru, o którym krążyły legendy, zanim nastał wszechwiedzący internet.

Nie wiem natomiast, na ile przydatna jest to recenzja, bo przypomina ona raczej listy miłosny do kolejnego dziecka osoby, którą szczerze się kocha. Ja wyszedłem z kina zakochany, Bugonia z miejsca ląduje na liście moich ulubionych filmów roku, a samą historię mam pragnienie jeszcze rozkładać na kolejne warstwy i doszukiwać się w niej poukrywanych przez Lantimosa kluczy interpretacyjnych. No nie jest to łatwe kino, ani w odbiorze oczami, ani bebechami, ani głową. W zalewie tej całej papki, która trafia do naszych kin, powiedziałbym nawet, że nosi ono znamiona prawdziwej awangardy. Nie będę się pozycjonował, mówiąc, że cenię i chyba rozumiem twórczą drogę Greka, ale tak szczerze, jest to dla mnie jakiś osobisty powód do dumy!

Oryginalny tytuł: Bugonia

Produkcja: USA/Korea Południowa/Irlandia/Kanada/Wielka Brytania, 2025

Dystrybucja w Polsce: uip.com.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *