
Nadszedł moment, kiedy po latach odświeżyłem sobie chyba moją najmniej lubianą odsłonę fantastycznej serii V/H/S. Serii, która pod płaszczem retroaktywnej miłości do lat 90. i początków 00., jest po prostu bardzo fajną platformą dla mniej lub bardziej znanych twórców, którzy w krótkim metrażu oraz w narzuconej konwencji mogą dać upust swoim twórczym potrzebom. A jak wiemy wszyscy, osoba twórcza pozbawiona możliwości uzewnętrznienia swoich potrzeb, po prostu marnuje fajne pomysły.
Pytanie zatem jest fundamentalne. Czy trzecia część serii, o podtytule Viral, ma fajne pomysły? Oglądając ją w czasach premiery i powtarzając teraz, po latach, przyznam, że tak. Oczywiście, że tak! Być może materia, która lepi ze sobą poszczególne segmenty, jest tak zła, że zaburza mi obraz tego filmu w głowie. Bo to wcale nie jest taki zły film, jak go malują. Po prostu ma swoje problemy, których nie przeskoczy.
Meta narracja, która spaja ze sobą wszystkie trzy, niestety tylko trzy, historie jest bełkotliwa, dziwaczna i zwyczajnie niedorzeczna. Oto bowiem jej bohaterem jest Kevin, młody mężczyzna z Los Angeles, który biega wszędzie ze swoją podręczną kamerą, szukając okazji, by nakręcić prawdziwy, internetowy viral. W końcu temat sam wpada mu w ręce, bo przez ulice miasta mknie tajemnicza furgonetka, która doprowadza do szaleństwa wszystkich, koło których przemknie.
Spuśćmy jednak na to zasłonę milczenia, bo pragnę wierzyć, że twórcy w rozpaczliwej ucieczce od sztampy, jaką prezentowały nam dwie poprzednie produkcje sygnowane tytułem V/H/S zwyczajnie się pogubili i można im to wybaczyć. Zwłaszcza że już właściwe segmenty prezentują sobą naprawdę przyzwoity poziom i po latach, kiedy mój gust filmowy się niejako uszlachetnił, odbieram je jeszcze lepiej, niż podczas premiery. Ba! To właśnie ta część zawiera jedną z moich absolutnie ulubionych historyjek ze wszystkich filmów franczyzy!
Ale po kolei. Pierwszą historią jest opowieść o niezbyt lotnym intelektualnie i pozbawionym talentu magiku i showmanie Dante. W jego ręce pewnego dnia trafia krwiożercza peleryna magiczna, która zapewniając swojemu właścicielowi prawdziwe moce magiczne, domaga się jednak pożywienia w postaci ludzkiego mięsa. Brzmi sztampowo i tak też jest. To również pierwszy raz w historii tej serii, kiedy twórcy segmentu porzucają konwencje found footage, kręcąc akcję w klasycznym, filmowym stylu. Nie jest to mój ulubiony segment, aktorstwo to drewno, fabuła nie zachwyca, a frajdę sprawić może jedynie ten przegięty pojedynek naszego maga z próbującymi pojmać go członkami oddziału policji.
Następny w kolejce jest Parallel Monsters od Nacho Vigalondo, czyli obiektywnie mówiąc najlepszy element układanki zwanej Viral. Facet buduje urządzenie w swojej piwnicy, które otwiera drzwi do równoległego wszechświata, a kiedy je włącza, inna jego samego siebie pojawia się po drugiej stronie, oświadczając, że również skonstruowała taką bramę. Na początku wszystko wydaje się takie samo, więc wzajemna eksploracja idzie dalej. Nie chcę tutaj wykładać kart na stół, ale powiem tylko, że jest to nie lada gratka dla wszystkich fanów groteski spod znaku wielkich, przerażających penisów będących samoistnymi bytami. Ja przecierałem oczy ze zdziwienia, skręcałem się z obrzydzenia, a na końcu wycierałem łzy będące skutkiem nawałnicy śmiechu. Bardzo, bardzo dobra rzecz!
No i przechodzimy do mojego prywatnego faworyta. Może dlatego, że deskorolka i bycie skaterem stanowiło onegdaj bardzo ważną część mojego życia i gdyby nie deska, pewnie byłbym dziś zupełnie innym człowiekiem. Ale dość o moich konstytuujących doświadczeniach, wróćmy do filmu. Tym razem śledzimy bandę nastolatków, którzy próbują nakręcić viralowe video skateboardowe. Pełna wygłupów, używek i deskorolki droga wiedzie ich wprost do meksykańskich kanałów burzowych, które staną się areną ostatecznej walki dobra ze złem. Bardzo lubię ten segment, choć wiadomo, jest to raczej wygłupianie się z dość niskim budżetem aniżeli coś naprawdę poważnego. Jednak ten vibe amatorskich nagrań aspirujących skaterów jest dla mnie czymś „swojskim” i nostalgicznym. A jak wiemy, nostalgia to z jednej strony piękna, z drugiej paskudna i zakrzywiająca rzeczywistość rzecz.
Wciąż Viral zostaje na samym dnie mojego rankingu serii V/H/S, jednak po latach patrzę na niego nieco bardziej przychylnym okiem. Nie do końca również rozumiem ten cały podtytuł, który sugeruje stan współczesnego społeczeństwa, w którym jednostki są zdolne zrobić wszystko, by tylko zabłysnąć w sieci. No wybaczcie mi, z tego filmu nic takiego nie wynika i to modne dziś słowo może jedynie materializować się pod postacią tego chłopaka, który na rowerze pędzi ulicami LA za vanem wypchanym kasetami. Znajdźcie gdzieś na necie etiudy o równoległym świecie i skejtach, reszty nie warto.
Oryginalny tytuł: V/H/S: Viral
Produkcja: USA, 2025
Dystrybucja w Polsce: rakuten.tv

Życiowy przegryw, który swoje kompleksy leczy wylewaniem żalu w internecie. Nie zawsze obiektywnie, ale za to szczerze.
