
„Pościgi, strzelaniny, skurwysyny to nie film” – nawijał onegdaj jeden z upadłych raperów. W tych trzech pierwszych słowach zawarł on jednak holistyczne oczekiwania wobec tego, za czym zdarza mi się grzebać w wielkim kuble z etykietką „włoskie kino gatunkowe”. I dziś kolejny wpis z cyklu „macaroni action trash”, film, po który sięgnąłem tylko i wyłącznie na jego ociekający zajebistością tytuł. Bo który nabuzowany testosteronem facet ćwiczący na siłowni nie chciałby obejrzeć dzieła zatytułowanego Delta Force Commando?!
Nie ma co ukrywać, jest to po prostu bezczelna zrzynka z amerykańskich produkcji akcji. I w zasadzie tylko koneserzy tego typu rozrywki odnajdą w nim jakiekolwiek walory. Oczywiście rozrywkowe. Jeśli nie chce się Wam czytać tej krótkiej recenzji, to możecie iść już teraz, ponieważ omawiany tutaj film to amalgamat akcji, obowiązkowej sceny, w której bohater pakuje swoją torbę z bronią, tortury akumulatorem samochodowym, strzelaniny, walki na gołe łapy, czarny charakter z bliznami, chaos, rzuty nożem, strzały z kuszy, one-linery, ciała i wiele „wspaniałych” eksplozjach.
Tajemniczy terrorysta przewodzi grupie równie enigmatycznych najemników w ataku na amerykańską bazę wojskową w Puerto Rico. Celem jest kradzież, a jakże, broni jądrowej. Komandos Tony Turner jest świadkiem ucieczki gangu, podczas którego w chaosie latających kul ginie jego ciężarna żona. Brzmi banalnie? Tak właśnie jest! Ale też nikt nie wymaga od takiego filmu jakiejś złożonej fabuły, powiedzmy sobie szczerze.
Przysięgając zemstę za zamordowaną rodzinę, Turner natychmiast obezwładnia pilota Delta Force, kapitana Samuela Becka i pod bronią rozkazuje mu, aby podążał za bandytami. Od tego momentu Turner i Beck podążają za tajemniczymi terrorystami do Nikaragui i bezsensownie wysadzają w powietrze tak wiele nieruchomości, że sumarycznie niewiele zostawiają dla Sił Delta, która ma przyjść z odsieczą gdy tylko nasza dwójka bohaterów zlokalizuje serce komórki złych komandosów.
Fred „The Hammer” Williamson jako Beck i Bo Svenson jako Keitel widnieją nad tytułem filmu, ale to Brett Clark jako Turner jest prawdziwą gwiazdą filmu. Podobnie jak Michael Sopkiw przed nim, a Richard Anthony Crenna po nim, Clark otrzymał szansę na nakręcenie włoskiej produkcji stworzonej na międzynarodowy rynek filmowy w nadziei na zostanie supergwiazdą jak Clint Eastwood. No cóż, nie udało się. Z drugiej strony, patrząc na jakże wyjątkową ekspresję Clarka na ekranie, wcale mnie to nie dziwi.
Delta Force Commando to typowe kino akcji, które można streścić w onomatopejach „bang bang, boom boom, punch punch„, typowe dla śmieci z lat 80. Tutaj także ilość wystrzałów, eksplozji i walk w różnych konfiguracjach góruje wysoko nad dialogami. W zasadzie jedyny problem jest taki, że już w trakcie seansu zlewa się on w jedną, kolorową i krwistą papkę zwaną „włoskim kinem akcji klasy C i niżej”. Więc jeśli ktoś lubuje się w tego typu makaronie, to zapraszam do stołu.
Oryginalny tytuł: Delta Force Commando
Produkcja: Włochy, 1987
Dystrybucja w Polsce: BRAK

Życiowy przegryw, który swoje kompleksy leczy wylewaniem żalu w internecie. Nie zawsze obiektywnie, ale za to szczerze.
