Niejeden miłośnik muzyki próbował odpowiedzieć sobie na odwieczne pytanie, jaki jest najlepszy zespół w historii. Jest to zaiste intrygujące zagadnienie, które jednak podchodzi pod kategorię akademickich dyskusji. Jak bowiem można to stwierdzić? Jak uwzględnić ludzkie gusta, które są często decydujące?
Jakie w końcu przyjąć kryteria wyboru? Jeśli idzie o popularność i tak zwane zasługi to na pewno wielu wymieni słynną czwórkę z Liverpoolu, czyli The Beatles. Ktoś inny wymieni Pink Floyd z ich monumentalnymi kompozycjami. Inni są fanami Led Zeppelin lub The Doors. A kto inny znowuż pochwali ABBę z uwagi na ilość hitów, jakie wydali. Każda z tych osób może mieć część racji. Ja jednak mam innego kandydata – zespół The Residents, który znany jest z tego, że nie jest powszechnie kojarzony.
Od początku istnienia formacji muzycy postawili sobie jeden cel, czyli pozostanie anonimowymi. I tak od początku lat 70. sztuka ta im się im udaje. Pozostają cały czas nieznani. Nikt nie wie, kto kryje się za marką The Residents. Grupa, aby ukryć swą tożsamość, występuje w maskach i różnych przebraniach. To samo tyczy się koncertów, zdjęć promocyjnych i okładek albumów. Jednym z ich ikonicznych wcieleń jest to z wielkimi gałkami ocznymi na głowach.
To ono właśnie jest bodaj najbardziej znanym ich wizerunkiem, który przyniósł im rozpoznawalność. Jest to jednak rozpoznawalność pozorna, ponieważ nadal nie wiadomo jak naprawdę wyglądają ani kim są. Chcieli w ten sposób podkreślić swoje podejście do tworzenia, a mianowicie fakt, iż nie jest w nim ważny sam człowiek, lecz sama, surowa muzyka. Rezydenci sami się zdemitologizowali, odcinając się od potencjalnej sławy.
Anonimowość to jednak nie jedyna rzecz, jaka wyróżnia, czy definiuje The Residents. Przede wszystkim jest to ich muzyka. Stanowi ona w dużej mierze paszkwil popularnych przebojów. Tak właśnie zaczynali. Ich debiutancki album był jawnym zamachem na spuściznę The Beatles. Świadczy o tym, chociażby okładka albumu. Zespół jawnie parodiował i drwił z liverpoolskiej czwórki.
Co chcieli tym osiągnąć Rezydenci? Być może było tak jak w przypadku każdej dobrej parodii, a więc jakaś forma hołdu oddana oryginałowi. Ja wolę patrzeć na to jako na bardziej prześmiewcze wcielenie kapeli, które ma nam przypominać, by nie brać jej zbyt poważnie i umieć się też ponaśmiewać z ikon popkultury. Podobnie ma się rzecz z innymi trendami muzyki popularnej i rock and rolla wymyślonymi na nowo przez The Residents.

Do muzyki The Residents najlepiej chyba pasuje określenie eksperymentalna. Wiele z ich nagrań takie właśnie sprawia wrażenie. Bawią się oni po prostu zarówno formą, jak i treścią. Standardowym tego przykładem może być płyta Eskimo z 1979 roku. Jest to całkiem nietypowe muzyczne przeżycie. Opowiada on historię Eskimosów oraz ich codziennych znojów w postaci polowań na morsy itp. Można go określić mianem albumu koncepcyjnego, czyli opowiadającego jedną historię. I tu mamy właśnie taką sytuację. Nie jest to z pozoru jednak takie oczywiste.
Na pierwszy rzut ucha całość przypomina jakąś kakofonię dźwięków. Wystarczy jednak się w nie wsłuchać, a można dać się porwać tej dziwacznej opowieści wprost z końca świata. Muzyka The Residents to właśnie takie dźwięków cięcie i gięcie. Zdecydowanie zabawa z formą i traktowanie nut mocno umownie. W połączeniu z intrygującymi wideoklipami daje to bardzo inspirującą mieszankę, która zachęca do odkrywania niezbadanych rejonów sztuki.


