Frankenstein (2025)

Oh Frankenstein, chyba nie muszę mówić, jak wielkim echem rozbija się po dziś dzień w popkulturze to przełomowe dzieło Mary Shelley z 1818 roku. Kanoniczna opowieść o granicach ludzkiego poznania, o roli nauki w naszym życiu i o jestestwie samym w sobie. Gdzie kończy, a zaczyna się prawdziwe życie? Motywy te przewijają się przez wszelakie teksty kultury, czasami z lepszym, często z gorszym skutkiem, ale żyją (jak ten literacki potwór Frankensteina).

Nie mogę powiedzieć, że na kolejną inkarnację powieści Shelly od Guillermo del Toro czekałem jakoś bardzo. Od początku miałem przeczucie, że nie będzie to nic odkrywczego pod względem treści, a imponujące kadry zza kulis zapowiadały ucztę dla wszystkich tych, którzy spragnieni są charakterystycznej dla tego reżysera plastyki. Czy się myliłem? Stety/niestety nie, ale o tym więcej oczywiście poniżej.

Podobnie jak książka, film zaczyna się pod koniec swojej narracji. „Najdalsza północ, 1857” – duński statek Horizon został uwięziony w lodzie podczas próby dotarcia do bieguna. Balansujące na skraju buntu poruszenie załogi zostaje przerwane przez odległą eksplozję, na której miejscu załoganci odkrywają rannego Victora Frankensteina (Oscar Isaac).

Przerażający ryk w oddali sygnalizuje obecność prawdziwego potwora, który w pogoni za Frankensteinem wysyła na drugi świat ponad pół tuzina załogi. Kapitan w końcu wyciąga gruby kaliber, być może najgrubszy na pokładzie, i posyła monstrum prosto pod lód. Tymczasem poobijany Victor opowiada swoją historię. Ta wersja znacznie różni się od oryginału Shelley, a obrazy zmieniają się z surowych, zamarzniętych krajobrazów Północy na jaskrawo zabarwiony przepych pałacu przypominającego Wersal. Czy dane będzie nam spojrzeć na tę historię z innej perspektywy? O tym musicie przekonać się sami.

Brzmi to wszystko bardzo poetycko i rzeczywiście, przez pierwsze myślę 40 minut można się tym zachwycić, złapać błyszczącą przynętę zarzuconą przez del Toro i płynąć razem z nim. Wszystko zaczyna jednak pękać u podstaw, gdy uświadomimy sobie, że jego wizja Frankensteina jest… jałowa. To w zasadzie jak kolejny, taśmowy produkt ze stajni Marvela, który ma na celu wprowadzić do masowej świadomości kolejną postać, którą będzie można później kapitalizować na różne sposoby. Cały ten transhumaniczny wydźwięk literackiego pierwowzoru czy innych ekranizacji rozmywa się pośród estetycznego przepychu (choć to trochę ściema) i komiksowego taplania się w scenach akcji, które w 99% polegają na tym, co wypluje komputer.

Zatrudnienie Jacoba Elordiego do roli monstrum spod skalpela tytułowego doktora było intrygujące, choć niestety efekt finalny jest wypadkową pójścia najniższą linią oporu. Potwór Frankensteina jest co prawda gumowy i swoim infantylnym spojrzeniem wpisuje się w panteon kreatur ze świata del Toro, ale nie mogłem nie odnieść wrażenia, że stał się on ofiarą tej właśnie marvelizacji, bo scenariusz kreuje go tak, jakby był to kolejny z wielu superbohaterów, który finalnie dołączy do kolejnej, formującej się grupy mającej stać na straży porządku i prawa. No może i pomysł „na topie”, ale mi się nijak nie klei do tego, jak na przestrzeni lat budowałem sobie wizerunek tego potwora w głowie.

Wspomniałem o tym, że film nieco oszukuje w kwestii bycia estetyczną laurką dla poszczególnych epok i stylów. Oszukuje, bo widać niestety, że jest to produkcja z budżetem „telewizyjnym”. Wnętrza, choć wpadają w oko i potrafią zainteresować detalem, są tak naprawdę tylko fasadą i to niezbyt liczną. Można na palcach jednej ręki wyliczyć scenografie, które naprawdę mogą wzbudzić zachwyt swoim wykonaniem i pomysłem, bo większość filmu dzieje się niestety na wykreowanych za pomocą CGI plenerach. Wygląda to paskudnie, sztucznie i szybko sprowadza nasze oczekiwania, zbudowane choćby na fantastycznym designie trumien, do poziomu „eh, to tylko kolejna papka wystukana w komputerze. Ciekawe ile tu AI”.

Do brzegu, Frankenstein od del Toro to film zupełnie pozbawiony wszystkiego tego, za co jeszcze kocham tak bardzo kino. W zasadzie nie wiem, do kogo kierowana jest to produkcja? Dla dzieciaków może okazać się momentami zbyt mroczna i brutalna, dorośli nie znajdą tutaj nic prócz właśnie takiej jowialnej bajeczki, bez drugiego dna, bez niuansu czy jakiegoś zaczepienia w naszej rzeczywistości. A przypominam tylko, że del Toro potrafił nakręcić swoją wersję Pinokia, która potrafiła nie tylko doprowadzić mnie do łez, ale również spojrzeć na tragedię II Wojny Światowej z zupełnie innej perspektywy. Tutaj nie zostało z tego nic.

Oryginalny tytuł: Frankenstein

Produkcja: USA/Meksyk, 2025

Dystrybucja w Polsce: netflix.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *