
Z każdym kolejnym podejściem do Suspirii (1977) Dario Argento, film ten tylko zyskuje w moich oczach i na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że jest to chyba moja ulubiona, rdzennie europejska produkcja w ogóle! Naturalnym zatem powinno być, że jego sequel również będzie oscylował gdzieś wokół takiego górnolotnego terminu, zwłaszcza, że przecież w filmie tym maczał swe boskie palce prawdziwy maestro włoskiego kina, Mario Bava.
No niestety, obejrzane po latach Inferno z 1980 roku, stanowiące drugą część luźnej Trylogii Matek od Argento, nie jest kinem mnie satysfakcjonującym. O takim zachwycie, jak w przypadku „pierwszej części” nie ma nawet co mówić. Posilę się nawet na stwierdzenie, że film ten odstaje swoją jakością nie tylko od arcydzieła, jakim jest wspomniana Suspiria, ale również brakuje mu do wielu pozostałych dzieł w całym dorobku Argento. No okej, jest ładny wizualnie, ale to w sumie tyle.
Inferno zaczyna się od bardzo wyraźnego nakreślenia historii Trzech Czarownic, sugerując planowaną trylogię, podania ich imion i miejsca bytowania – z antagonistką wspomnianej Suspirii na czele. Poznajemy również naszą bohaterkę, która prowadzi dochodzenie w sprawie drugiej z Czarownic, która ma siedzibę w Nowym Jorku, a której legowiskiem może być budynek mieszkalny, w którym aktualnie pomieszkuje. Jednak podczas badania piwnicy (w przepięknie nakręconej sekwencji!), film niemal natychmiast wkracza na terytorium… głupoty.
Rose (Irene Miracle) odkrywa dziurę w podłodze prowadzącą do wypełnionej wodą sali balowej. Po przypadkowym upuszczeniu kluczy postanawia zanurkować, aby je odzyskać. Choć wszystko to zostało zainscenizowane bardzo poetycko, wizualnie jest to jedna z bardziej ikonicznych scen dla włoskiego kina gatunku, nie sposób nie powiedzieć, że nawet w tak umownym scenariuszu, zamkniętym w nawias baśni, jest to decyzja wręcz idiotyczna. I niestety ten schemat powtarzać się będzie z większym lub mniejszym nasileniem przez całą resztę filmu.
Nie będę tutaj zdradzał dalszych zakusów fabuły, bo tym, którzy jakimś cudem dzieła Argento jeszcze nie widzieli, zwyczajnie zepsułbym seans. Dla mnie jednak opowieść sama w sobie stanowi najsłabszy element Inferno, ponieważ film jest zwyczajnie nudny. Sceny, choć plastycznie często przepiękne, ciągną się niemiłosiernie, paradoksalnie nie mówiąc nam nic, co byłoby przydatne w układaniu fabularnych puzzli. Rozumiem, taka poetyka snu, ale jednak oglądając dzieło, które na samym wstępie zalewa nas encyklopedyczną ekspozycją, można spodziewać się większego nacisku na budowanie świata i wszystkiego tego, co powinno nas w nim interesować.
Innym miejscem, gdzie Argento błyszczy, jest, a jakże, przemoc. Sadyzm jest tutaj wszechobecny, wręcz namacalny. W zbliżeniu widzimy, jak okiennica staje się gilotyną, a kaleki księgarz w akcie topienia kociaków w miejskim odpływie kończy zjedzony żywcem przez szczury. Nad wszystkim unosi się widmo czegoś niewytłumaczalnego, czegoś, co czai się za drzwiami świata codziennego, jak tajemnicza dziewczyna o przenikliwie intensywnych oczach głaszcząca białego kota na sali wykładowej, na której nauki pobiera jeden z bohaterów. Wszystkie te momenty są pamiętliwe, pomaga im fantastyczna praca kamery, inscenizacja i muzyka.
Co tu jednak dużo mówić, w końcu film to dziecko Argento i Mario Bavy, więc te aspekty wybrzmiewają najgłośniej i najprzyjemniej. Warto jeszcze docenić, że stał się on niejako polem doświadczalnym dla rzemiosła Dario, odpowiedzialny za muzykę, genialny zespół Goblin wypadł z produkcji na rzecz Keitha Emersona. Czasami mrożący krew w żyłach, czasami piękny, często ekstrawagancki, Emerson nadaje Inferno poczucie własnej wartości. Wtóruje mu Bava w bardziej naturalistycznym wydaniu. Próbuje on bowiem odtworzyć na ekranie odcienie kolorów i wizualizacje z powieści pulpowych, które dały życie filmowemu nurtowi giallo we Włoszech. Dla wszystkich teoretyków włoskiego kina gatunku będzie to zatem nie lada pole do analiz.
I być może jest to największa wartość Inferno, bo pod każdym względem film ten ulega wielkości i wspaniałości Suspirii. To progresja, bardziej eksperymentalna i odważna stylistycznie, dzieło, w którym Argento mógł w większym stopniu oddać się swoim surrealistycznym fantazjom. Dla mnie jednak jest to idealny przykład na to, jak wielkie ambicje czasami potrafią pogrzebać dany projekt. Finalnie jest to dzieło imponujące w warstwie stylistycznej, ale zupełnie nieangażujące już na każdej innej płaszczyźnie. Do popatrzenia, zachwytu, nie stymulowania naszych emocjonalnych pokładów i układania sobie historii w głowie. Dla mnie to jednak za mało jeśli mówimy o kinie w najszerszym tego słowa znaczeniu.
Oryginalny tytuł: Inferno
Produkcja: Włochy, 1980
Dystrybucja w Polsce: flixclassic.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
