28 dni później (2002)

Ciężko jest o rewolucję w kinie potocznie zwanym „zombie movies”. W zasadzie większość filmów tego pojemnego nurtu to kolejne inkarnacje wielkich dzieł Romero, modyfikując co najwyżej społeczny kontekst wynikający z czasów, w którym dany tytuł się narodził. Dlatego też o kamienie milowe dla horroru spod znaku kraczących, krwiożerczych żywych trupów ciężko. Dziś przyjrzymy się jednemu właśnie z takich punktów przełomowych, którego jako kinowy boomer miałem okazję doświadczyć w dniu jego premiery.

Wtedy też jedynym novum, jakie wprowadził do kanonu Danny Boyle, był fakt, że zombiaki w końcu potrafią biegać. To już nie te neurotyczne, dające się powalić dziecku lub rachitycznej blondynie ghule, tylko śmiercionośna furia napędzana siłą mięśni, niepowstrzymaną agresją i enigmatycznym wirusem. Wiadomo, już w latach 80. Umberto Lenzi dał nam Nightmare City, gdzie żywe trupy nie tylko biegały, ale strzelały z karabinów i prowadziły wojskowy sprzęt. Ale o włoskiej eksploatacji kiedy indziej, dziś trafimy do samego serca Europy, Londynu.

To właśnie w nim budzi się Jim (Cillian Murphy), kurier, który po dość poważnym wypadku zapadł w śpiączkę. Po wyjściu na ulicę Londynu z dziwnie opuszczonego szpitala odkrywa, że jest prawdopodobnie ostatnim człowiekiem na Ziemi, przemierzając wymarłą metropolię, iście postapokaliptyczny krajobraz. Dość szybko okazuje się, że Wyspy zostały zdziesiątkowane przez tajemniczy wirus Furii, który w fantastyczny sposób został nam zajawiony w otwarciu filmu.

Mamy do czynienia z klasyczną apokalipsą zombie, tyle że żywe trupy zastąpione zostały całkiem żywotnymi ofiarami wspomnianej Furii, potrafiące tylko bezlitośnie i bezrefleksyjnie mordować wszystko, co żywe, często powodując rozprzestrzenianie się patogenu dalej. Z pomocą napotkanych ocalonych Jim trafia do miejsca, które daje mu nadzieję na odrobinę normalności w pogrążonym w chaosie świecie. Ale jak tradycja nakazuje, to w cale nie bezwolne ofiary wirusa są prawdziwymi potworami, a żywi, myślący i posiadający emocje ludzie.

Dziś już wiem, że 28 dni później to nie tylko dzieło przełomowe pod względem fizjonomii ruchowej kolejnej inkarnacji filmowych zombie, ale również oddanie ducha paranoicznych czasów tuż po tragicznych wydarzeniach 11 września 2001 roku. Odpowiedzialny za scenariusz do filmu Alex Garland zawsze zainteresowany był nurtem zombie, miał więc nadzieję ożywić (heh) go i przedstawić nowemu pokoleniu, czerpiąc z nagłówków i wynosząc na pierwszy plan konflikt społeczny i utratę zaufania wobec innych. Nie tylko wobec ludzi wokół, ale również rządu. W końcu finał to nie walka z nacierającą hordą zarażonych, a z tymi, którzy przysięgli stać na straży obywatela.

Boyle, którego nie za bardzo interesował temat kina zombie, powiedział IndieWire w 2003 roku, że pogrom zwierząt gospodarskich na brytyjskiej wsi był prawdziwą katastrofą: „Jeśli wybrałeś się w podróż pociągiem, wszystko stało, poza rowerem lub twoim samochodem”. Odnosi się to oczywiście do wybuchu epidemii pryszczycy w całej Wielkiej Brytanii w 2001 roku. Garland czerpał również z widoku ludzi patrzących na ściany „zaginionych”, które pojawiły się po niszczycielskim trzęsieniu ziemi w Chinach. Z pewnością najbardziej przerażające elementy w 28 dniach później mają niewiele wspólnego z innowacyjnym podejściem do nurtu zombie, izolują nas, ujawniając niezdolność naszych instytucji (rządu, służb ratunkowych, wojska) do ochrony, gdy dzieje się coś naprawdę przerażającego, jak wybuch epidemii, klęska żywiołowa lub atak terrorystyczny.

Murphy gra tutaj pierwsze skrzypce i idealnie oddaje nastrój ówczesnego pokolenia, wycofanego i straumatyzowanego, ale też często rozemocjonowanego oraz kruchego. Jego rola jest genialna i idealnie nakreśla punkt, który pchnął jego karierę ku wielkości. Ale dla mnie równie dobrze wypada Naomie Harris jako jego przewodniczka po zrujnowanym świecie. Ma w sobie ten rodzaj szorstkiego, twardego i niechętnie empatycznego weterana ulic, wpadając z maczetą w grupę zarażonych i rzucając w nich koktajlami Mołotowa. Jej stopniowe przejście na stronę osoby bardziej współczującej i skorej do refleksji wypada bardzo naturalnie i naprawdę nie gryzie się to z powagą świata przedstawionego. W końcu to czasy, gdy Garland jeszcze wiedział, jak pisać postacie niebędące karykaturami politycznymi.

28 dni później to nie tylko dzieło przełomowe, bo uczyniło z zombie realne zagrożenie, ale również wielowarstwowy wycinek społecznych lęków i nastrojów początku nowego milenium. W epoce horroru o estetyce wypolerowanego retro, skrojonego pod ekrany 4K, nakręcony podręczną kamerką i pełen „szarpnięć” film Boyle’a porażą dziś swoją naturalnością, jest po prostu skutecznym wyrwaniem za mordę widza sprzed telewizora i wrzuceniem go do serca zrujnowanej cywilizacji, bez wyrzutów sumienia lub ironicznego uśmiechu. Nie będę ukrywał, jest to mój ulubiony film w tematyce zombie powstały po 2000 roku. No okej, konkuruje z nim jedynie nakręcony 23 lata później sequel, również dzieło Danny’ego Boyle’a.

Oryginalny tytuł: 28 Days Later

Produkcja: Wielka Brytania/USA, 2002

Dystrybucja w Polsce: primevideo.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *