Za kilka dolarów więcej (1965)

Wiem, że wyjdę na ignoranta, którym przecież mniej lub bardziej świadomie jestem, ale nie uważam Za kilka dolarów więcej za najlepszy film Sergio Leone. Ba! Nie uważam go nawet za najlepszy tytuł zamknięty w ramach Trylogii Dolarowej. Skąd ten wstęp? Ano przeglądając sobie opinie użytkowników portalu Letterboxd.com dotyczące twórczości Leone, przytłaczająca ilość komentarzy właśnie środkową część Trylogii uważa za tę najlepszą. Jednak kultura to na tyle elastyczna rzecz, że każdy może wartościować ją inaczej.

Nie zrozumcie mnie jednak źle, to wciąż genialne kino i jedno ze szczytowych osiągnięć nurtu, jakim jest spaghetti western. Czas więc powrócić do brutalnego świata tego najważniejszego w historii kultury Sergio i zabrać się za kontynuację Za garść dolarów (1964). Jednak od razu trzeba powiedzieć, że oba filmy łączy praktycznie tylko główny bohater, grany przez Clinta Eastwooda, i nie jest to ta sama postać, którą widzieliśmy poprzednio. Dlatego też można absolutnie obejrzeć każdy film Trylogii bez oglądania pozostałych.

Fabuła jest dość prosta, ale działa bardzo, bardzo dobrze! Clint Eastwood i Lee Van Cleef, w rolach, które uczyniły z nich gwiazdy kina o międzynarodowej renomie, grają odpowiednio Bezimiennego Rewolwerowca i pułkownika Douglasa Mortimera, parę łowców nagród z mrocznych czasów Dzikiego Zachodu, których łączy wspólny cel. Obaj chcą odebrać ogromną nagrodę – dokładnie dziesięć tysięcy dolarów – za głowę El Indio. Indio (Gian Maria Volonte) to socjopatyczny złodziej, morderca i filmowy czarny charakter, który przez większość historii jest pod wpływem jakiejś odurzającej substancji, którą pali niemal bez przerwy.

Nasz czarny charakter sieje spustoszenie wszędzie, gdzie tylko się pojawi, ze wsparciem swojej niesławnej bandy rzezimieszków: Ni ňo, Slima, Paco, Chico, Hughiego, Franco, Groggy’ego, Wilda i całej reszty. W ich świecie życie ludzkie niewarte jest nic i nigdy nie uronią ani jednej łzy nad żadnym, które lekkomyślnie zgasili. Po raz pierwszy widzimy Indio, gdy jego gang uwalnia go z więzienia. Następnie, w zapierającej dech w piersiach scenie w opuszczonym kościele, mści się na człowieku, który doprowadził do jego uwięzienia. Wyjmując zegarek kieszonkowy, który wygrywa przejmującą melodię, Indio każe swojemu zdrajcy spróbować go zastrzelić, gdy muzyka ucichnie.

Jeśli zagłębimy się w historię powstawania filmu, dowiemy się, że został on nakręcony w pośpiechu, by zarobić jeszcze na sukcesie swojego poprzednika. Stąd też ten zabawny, ironiczny tytuł. Clint ma dokładnie to samo ponczo, cygaro i pistolet co poprzednio, ale tym razem pozwala sobie na nieco więcej luzu zrelaksowany i pokazuje tutaj zdecydowanie więcej „ludzkiego” charakteru. Właściwie cały film jest bardziej pewny siebie i śmiały. Jednak to wciąż wielki spaghetti western, stylowy, monumentalny i w tym wszystkim nieco tandetny. W ogóle to właśnie tutaj najlepiej pasuje to prześmiewcze, pejoratywne określenie westernu jako końskiej opery.

Niech za przykład posłuży fakt, że maestro Morricone skomponował każdemu z głównych bohaterów tożsamy z nimi motyw muzyczny, który pojawia się za każdym razem, gdy któryś z nich wjedzie na ekran. Film został nakręcony w Almerii na przełomie kwietnia i maja 1965 roku, a w grudniu tego samego roku trafił do włoskich kin! Tak, zarobił. Jego sukces komercyjny zapewnił Leone znaczące finansowanie trzeciej części trylogii, którą omówimy innym razem. Wracając jednak do Za kilka dolarów, to sam walor ekspresowej produkcji jest niesamowity i tylko uszlachetnia moją miłość do Sergio Leone jako twórcy robiącego swoje własne Hollywood.

Jest to jednak dzieło skomplikowane i trudne do zrozumienia dla przeciętnego widza. Sergio podchodzi do opowiadania historii z niecierpliwością, cały czas zapewniając nas, że tuż za rogiem jest miejsce, do którego docelowo zmierzamy. Taki sposób może wywołać poczucie niepewności, że umyka nam coś ważnego. Jednak to, co dla mnie w tym filmie jest najważniejsze, wybrzmiewa odpowiednio głośno (w rytm tej wspomnianej, cudownej muzyki Morricone). Chodzi oczywiście o konflikt między trójką głównych bohaterów. Nawet jeśli cała otaczająca ich historia może wydawać się niejasna, tak napięcie między nimi, ich interesy i relacje są odpowiednio ostre i wyraziste, jak nieogolone lico Eastwooda.

I choć wolę jednak te późniejsze dokonania Sergio na polu europejskiego westernu, tak nie mogę nie docenić wszystkich elementów składowych Za kilka dolarów, które czynią go dziełem ważnym i tak mocno dziś otoczonym kultem. Nie jest to film idealny, ale wspominany konflikt między postaciami czyni historię po prostu epicką, a tak mocno zawiązanie historii wokół trzech tak różnych postaci nadał jej emocjonalnej głębi. W skrócie nie można nazywać się fanem westernu, nie znając Trylogii Dolarowej, ale czy tacy ludzie w ogóle istnieją?

Oryginalny tytuł: Per qualche dollaro in più

Produkcja: Hiszpania/Włochy/RFN, 1965

Dystrybucja w Polsce: primevideo.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *