To: Witajcie w Derry (2025-)

Śledząc tę całą społeczność zgromadzoną wokół kina grozy, nie dało się nie przegapić premiery serialu To: Witajcie w Derry, swoistego prequela filmowej dylogii To zapoczątkowanej w 2017 roku. Wiecie, adaptacji literackiej kobyły Stephena Kinga o kosmicznym klaunie żerującym na społeczności małego miasteczka w Maine, szczególnie na jej najmłodszych członkach. No to teraz dostajemy w zasadzie to samo, tylko w postaci serialu i dziejące się w latach 60 XX wieku.

Od razu powiem, że obce jest mi uniwersum wykreowane przez Kinga i poruszam się po nim jedynie za sprawą popularniejszych filmów na jego podstawie. Oglądając Witajcie w Derry miałem jednak silnie wrażenie, że jest to serial starający się odnieść do szerszego spektrum twórczości popularnego pisarza i nie tylko fani wspomnianego, krwiożerczego pajaca znajdą tutaj coś dla siebie. Ale o tym mówić oczywiście nie będę, bo wyłapywanie tych wszystkich smaczków i połączeń zapewne stanowi część całej zabawy.

Ja jednak podchodzę do serialu jako po prostu do odrębnego dzieła kultury, stanowiącego oczywiście wstęp do wspomnianych filmów, ale też starającego się stać na własnych nogach. I niestety nie będzie to recenzja pochlebna, dlatego mówię o tym już teraz, widząc reakcje zagorzałych obrońców tego serialu, gdy komentowałem poszczególne odcinki na Facebooku. Więc jeśli jesteś z tych, dla których obrona ulubionego dzieła polega na prywatnych wycieczka w stronę tego, kto ośmielił się go krytykować, możesz przestać czytać już teraz!

Historia w serialu dzieje się na kilku płaszczyznach. Jest oczywiście grupka dzieciaków, która zdaje się dostrzegać więcej niż wszyscy wokoło, stając się ruchem oporu wobec terroryzującego Derry klauna. I ten wątek z początku był dla mnie praktycznie nie do przejścia. Prócz dwóch postaci dziecięcych, granych przez Matilda Lawler i Ariana S. Cartaya, aktorstwo było tak odrętwiałe, że trudno mi było zawiesić poprzeczkę niewiary na takim poziomie, by to wszystko brać na serio. Może to wina castingu, może czystej materii scenariusza, która wymogła na swoich bohaterach bycie takimi właśnie wycofanymi, drewnianymi karykaturami. Tego nie wiem, wiem natomiast, że mocno podważa to jakość serialu.

Dużo większy potencjał od początku przejawiał wątek militarny. Tak, dobrze czytacie! W tym serialu amerykańskie wojsko chce przejąć Pennywise’a, by użyć go później do walki z Sowietami. Brzmi absurdalnie? Tak! Jest idiotyczne w kontekście późniejszych filmów i nijak nie ma to wpływu na całą historię? Zgadliście. Jednak ja mam jakąś dziwną słabość do patrzenia, jak wojsko musi mierzyć się z paranormalnym zagrożeniem, więc choć świadomy jego głupoty, ten wątek śledziło mi się najprzyjemniej. Do czasu jednak, bo finalnie osiąga on taki szczyt głupoty, że nawet ta niezrozumiała do końca konwencja mi go nie uratowała.

No właśnie, konwencja. Witajcie w Derry to przede wszystkim horror i to taki, który wydaje się produktem wręcz wyplutym przez jakąś sztuczną inteligencję, której ktoś kazał napisać serial oparty na wszystkich popularnych dziś tropach i gatunkowych kliszach. W zasadzie pierwsze odcinki, w których jeszcze twórcy kryją się z ukazywaniem głównego antagonisty, to rzeczy tak odtwórcze, pozbawione wyrazistości i nafaszerowane paskudnymi efektami komputerowymi, że większość amatorskich produkcji wygląda przy tym serialu niczym czołówka Hollywood. W zasadzie dwa ostatnie odcinki zdają się oderwane od reszty, prezentując coś świeższego, uczłowieczając postać Pennywise’a i nadając mu jakiegoś kontekstu. Reszta? Może nie warto już kopać leżącego.

A jak sam Penny? Nie jest tajemnicą, że Bill Skarsgård powtarza swoją rolę znaną z filmów. Ci, którzy widzieli tamte produkcje lub czytali książkę, pamiętają, że Pennywise jest istotą zmieniającą kształt, która może przybrać przeróżne formy, aby siać przerażenie wśród swoich ofiar. Ta umiejętność pozwala na sporą kreatywność, znajdując nowe sposoby na to, aby mieć Pennywise, niekoniecznie opłacając Skarsgårda za występ w każdym odcinku. Jest to oczywiście rozczarowanie, bo kiedyś już bliżej finału mamy Billa na ekranie więcej, przypomina nam, że jest chyba najlepszym elementem tych nowych adaptacji Tego i nie bez powodu wszedł w kanon współczesnych, popkulturowych straszydeł.

No nie zostałem fanem serialowej wizyty w Derry. Po prostu szukam w kinie chyba innych emocji niż patrzenie na odtwórcze, sztampowe powielanie schematów i estetyka wyciągnięta z promptu wpisanego w AI. Zabrakło mi tutaj najważniejszego, serca. To gdzieś tam nieśmiało wybija w finalne, zwłaszcza przedostatnim odcinku, który uważam za najlepszy, ale jednak przywalony tonami scenariuszowej bzdury, tandetnego CGI i wręcz amatorskiego szlifu nie ma szansy rezonować ze mną na poziomie, na jakim bym chciał. A chciałem polubić ten serial, naprawdę.

Oryginalny tytuł: It: Welcome to Derry

Produkcja: USA, 2025

Dystrybucja w Polsce: hbomax.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *