
Idąc do kina na nowy film Osgooda Perkinsa, miałem w sobie pewne obawy. W końcu jego Kod zła z 2024 roku okazał się dla mnie sporym zawodem, a komentarze ludzi w internecie tylko te płonące czerwone flagi podsycały. Miałem jednak w głowie, że Oz zrehabilitował mi się fantastyczną Małpą (2025) i to gość, który, choć nie do końca w moim stylu, potrafi nadać kinu grozy swój autorski sznyt. A to zawsze zasługuje na szacunek, nawet wtedy, kiedy mija się z naszym poglądem na kulturę.
Życie to jednak przewrotna bestia i potrafi zaskoczyć, bo z kina wyszedłem więcej niż zadowolony, a dzieło Perkinsa z miejsca wskoczyło na moją listę ulubionych filmów grozy roku pańskiego 2025. Co zabawne, zastępując miejsce wspomnianej Małpy. W przyrodzie wszystko dąży do równowagi i choć Osgood w wersji brutalnego śmieszka mi bardzo pasuje, to jednak wolę, kiedy oddaje nam on swoją bardziej autorską wizję, na poważnie i bez zbędnego tłumaczenia pozwala nam bawić się w jej interpretację.
Jest to jednak pułapka dla wielu, często mniej wrażliwych twórców, którzy sami nie wiedzą, co chcą opowiedzieć swoją historią i jej estetyką, popadając w pretensjonalny bełkot. Z drugiej strony takie ograniczenie narracji do minimum i pozostawienie widza z samym sobą i jego umiejętnością dostrzegania drugiego dna stanowić może barierę nie do przejścia dla „tradycyjnego” widza, takiego, dla którego kino to niewymagający pomyślunku eskapizm. No ale cóż, wtedy taki odbiorca po dzieła pokroju Bezpiecznego miejsca w ogóle nie powinien sięgać.
A fabuła tego filmu jest, można powiedzieć, szczątkowa. Po roku spotykania się Liz (Tatiana Maslany) wraz ze swoim chłopakiem Malcolmem (Rossif Sutherland) rusza na romantyczny weekend do jego chaty w lesie. Świętowanie rocznicy nie trwa jednak długo, ponieważ sprawy dość szybko zaczynają obierać dziwne tory. Na przykład, kiedy para zaczyna swoje intymnie igraszki, Malcolm nagle prosi, aby Liz spróbowała kęsa ciasta pozostawionego przez tajemniczą opiekunkę domu. Dołączają do nich również irytujący kuzyn Malcolma, Darren (Birkett Turton) i jego dziewczyna Minka (Eden Weiss), którzy mieszkają w pobliżu. Kiedy Malcolm, nagle stwierdza, że musi wrócić do miasta, Liz zakłada najgorsze: jej ukochany żyje podwójnym życiem i w domu czeka na niego rodzina.
Podoba mi się, jak przestrzeń minimalistycznego domku w lesie wypełnia się coraz to większą liczbą dziwnych, przerażających wskazówek kierujących nas w stronę paranormalnego wymiaru całej opowieści. Uwielbiam tę kontrolę, jaką Perkins ma nad swoim dziełem. W końcu to znane tropy, ale reżyser dosłownie wypacza je poprzez ekstrawagancką mieszankę surrealizmu i ludowego horroru, sięgającą ku swoim wcześniejszym pracom, jak wciąż hipnotyczna i wspaniała Małgosia i Jaś z 2020 roku. To, ile takiego czystego terroru spływa na bohaterkę tej opowieści, jest przytłaczające, ale też wyróżniające film na tle innych, tegorocznych horrorów.
Nie jest to jednak żaden zarzut o mizoginię, bo Osgood raczej przyzwyczaił nas, że tworzy kino głęboko kobiece. Bezpieczne miejsce to również swoisty manifest współczesnego feminizmu, opartego na kolektywizmie i inkluzywności, stojącego w opozycji do agregującego patriarchat zła w postaci białego, uprzywilejowanego oraz bogatego faceta. W końcu nie ma feminizmu bez antykapitalizmu, a mamy w końcu do czynienia z pewną reinterpretacją baśni o Złotej Rybce, czyli tą kanoniczną przypowieścią, która od najmłodszych lat uczy nas, że nie warto być chciwym. I to wybrzmiewa tutaj bardzo głośno, choć oczywiście trzeba samemu nadstawić ucho do odpowiedniej kratki wentylacyjnej.
Nawet jeśli jednak głusi jesteście na te wszystkie społeczne elementy filmu, to wciąż możecie wyciągnąć z niego to, co powinien oferować po prostu dobry horror. Oczywiście przy odpowiednim zawieszeniu niewiary i wsiąknięciu w opowieść, bo przypominam, to bardziej atmosferyczna baśń niż kolejna z taśmy zdjęta produkcja grozy. Perkins umie w budowanie scen grozy, tego odmówić mu zdecydowanie nie można, a tutaj idzie jeszcze dalej ze swoją pasją do eksperymentowania z montażem, kadrem i wszystkimi tymi tropami wyciągniętymi z mojego ulubionego folk-horroru.
Jestem świadomy, że dla wielu nowy film Perkinsa będzie sporym zawodem, w końcu tak mocne oparcie historii o metaforę i surrealizm musi spotkać się z niezrozumieniem. Ja jednak dałem się wciągnąć w tę dziwaczną narrację o horrorze patriarchatu, pogoni za kapitałem i kobiecej solidarności ponad czasem i przestrzenią. Bałem się, jednocześnie chłonąc każdy kadr niczym w galerii sztuki nowoczesnej, a kiedy przyszedł finał, w duchu powiedziałem sobie „nie ma co zadzierać z kobietami”. Jeśli to eksperyment ze strony Osgooda, to jak najbardziej udany.
Oryginalny tytuł: Keeper
Produkcja: USA/Kanada, 2025
Dystrybucja w Polsce: m2films.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
