Wczasy już się pojawiły na łamach Wild Weekly przy okazji koncertu w Katowicach. Zespół jest jednym z nielicznych współczesnych rodzimych wykonawców, którego twórczość trafia w mój gust. Nie wiem czemu, tak się stało, ale jakoś tak wyszło.
Jestem fanem zarówno muzycznej formy, jak i warstwy tekstowej. Akceptuję wszystkie wydania zespołu. Jeden jednak wybija się tutaj zdecydowanie ponad przeciętność, a jest nim debiut Zawody. Wczasy wydały niedawno wprawdzie nowy materiał, ja jednak chciałbym powrócić właśnie do tego pierwszego, ponieważ uważam, że jest on kwintesencją stylu grupy.
Pierwszym utworem na płycie jest Prince i Bowie. Prince i Bowie to byli tacy pieśniarze, którzy już nie żyją. Bohater piosenki stara się o względy pewnej samicy, która woli nieboszczyków. Jest to w sumie lżejsza kompozycja, która okraszona została pomysłowym teledyskiem. Porusza już jednak motywy samotności oraz poszukiwania partnerów obecne na całym wydaniu. Jesteś najlepszy uderza już w poważniejsze tony. Mówi o tym, że wielu dorosłym ludziom brak poczucia własnej wartości, ponieważ za młodu nikt nigdy ich nie wspierał słowem i czynem.
Motyw ten wpisuje się zatem w popularne obecnie mówienie o z pozoru błahych traumach dzieciństwa. Następnie przychodzi czas na chyba najbardziej rozpoznawalny numer duetu, czyli „Dzisiaj jeszcze tańczę”, który był nawet wykorzystany w filmie Fanfik (2023). Utwór stanowi swoistą spowiedź współczesnego pracownika, który żyje od weekendu do weekendu, a jego życie opiera się na schemacie praca-dom. Jest to szczery zew niemocy i wołanie głuchego na puszczy o wolność. Niestety prawda jest taka, że większość z nas jest zmuszona zarabiać pieniądze, by przetrwać, często w pracy, której nie lubimy.
Kompozycją nawiązującą nieco do Dzisiaj jeszcze tańczę są tytułowe Zawody, ukazujące większość społeczeństwa jako małe trybiki w wielkiej, systemowej machinie, pozbawione szans i możliwości na wybicie się oraz pozostawienie po sobie czegoś wiekopomnego. Jest to jedyny utwór na albumie, zawierający jakiś wulgaryzm. Ryszard to chyba najbardziej skoczna piosenka wydawnictwa, która jednak również mówi o poczuciu starty oraz tęsknoty za lepszym życiem.
Podobnie jak Weź mnie, w którym autor marzy o bliskości nawet w ekstremalnej formie. Zbliżając się do końca płyty, wkraczamy w coraz to bardziej depresyjne klimaty. Smutne disco to jak sama nazwa wskazuje smutna piosenka o utraconej nadziei, ludzkiej naiwności oraz nieco desperackiej próbie poszukiwania relacji z drugim człowiekiem. Budzić może skojarzenia z How soon is now The Smiths. Jeśli ta piosenka jest melancholijna, to co dopiero powiedzieć o Ciągle sam, czyli nostalgicznej podróży w świat samotności młodego mężczyzny, który mimo wieku stracił już nadzieję na poznanie kogoś i doświadczenie prawdziwego uczucia.
To opowieść o człowieku, który żyje poza marginesem wyścigu szczurów. Chciałby znaczyć coś więcej, ale jest poniekąd wykluczony z obiegu z uwagi na swój introwertyzm i spokojną naturę. Kąpiel jawi się tu za to jako bardziej optymistyczny numer, który traktuje o eskapistycznym rytuale ablucji. Na koniec mamy bardzo żywiołowy Nowy świat, poruszający temat tęsknoty za czasami dzieciństwa oraz obawy przed niepewną przyszłością, zdominowaną przez technologię.
Wszystkie teksty są obudowane dość prostymi, lecz chwytliwymi aranżacjami, opierającymi się na elektronicznych rytmach. Momentami mogą one budzić skojarzenia z latami przeszłymi, gdy syntezatory królowały na rynku muzycznym. Jest to twórczość nieskomplikowana i bezpretensjonalna. Przekaz jest tu jasny, a teksty niosą ze sobą jakąś formę otuchy. Wczasy nie wciskają słuchaczom kitów, że jest super, ale dają jednocześnie nadzieję na lepsze jutro, oferując wsparcie emocjonalne. Może dlatego ich twórczość tak mi podchodzi. Nie czuję w niej po prostu fałszu, a nieskrępowaną energię i radość z tego, co się robi, która udziela się odbiorcom podczas słuchania.


