
Serial braci Duffer to prawdziwy fenomen kultury popularnej i wedle wielu ostatni serial, który tak mocno konsoliduje wszelaką widownię, od siedzących w swoich niszach hipsterów po przysłowiowych zjadaczy popcornu zbyt leniwych, by zajrzeć poza to, co podsuwam im mainstream. Osobiście należę zdecydowanie do tej drugiej grupy odbiorców, więc z ekscytacją podpiąłem się pod pędzącą równe 10 lat kolejkę, mającą swoje krótsze i dłuższe przystanki, co nie znaczy, że nie widzę pewnych wad trapiących całą tę (już można powiedzieć) franczyzę.
Warto mieć jednak na uwadze, że traktuję Stranger Things jak produkt. Oczywiście zrodzony z miłości do popkultury lat 80., zbudowany na dziecięcej fantazji o wielkich przygodach i niejako definiujący to, co w nas najpiękniejsze, potęgę wyobraźni. Ale to wciąż produkt, wykalkulowany i skrojony tak, by podobać się jak najszerszej grupie odbiorców (klientów), będący punktem porozumienia między twórczą potrzebą braci Duffer a chłodnymi analitykami Netlfixa, których bardziej interesują rosnące wartości w tabelkach niż artystyczna wartość dzieła. I dobrze, kino to przecież też przemysł, a robienie sztuki dla sztuki dzisiaj najczęściej odgórnie skazane jest na porażkę. Życie w schyłkowym kapitalizmie wymusza na każdym z nas, choć minimalnej umiejętności poruszania się po jego chropowatej powierzchni.
To po prostu serial, który musi sprzedać nam konkretną wizję, zaszczepić fałszywe wspomnienia i grać na nich przez pięć sezonów, podzielonych filmowo na rozdziały. I wychodzi z tego zadania wzorowo! Pamiętam doskonale, jakim echem odbiła się w przestrzeni internetowej już pierwsza seria, jak właśnie różne środowiska, warstwy i klasy popadły w zachwyt. Popadłem i ja, bo choć już wtedy widziałem w tym to żerowanie na nostalgii, z tymi wszystkimi odniesieniami i plakatami wiszącymi w tle, tak nie sposób było odmówić twórcom gracji, z jaką pozszywali ze sobą te wszystkie kulturowe tropy, schematy i, nierzadko, bezczelne zapożyczenia.
Może nie do końca widziałem siebie w grupie dzieciaków, wokół których zakręcona została fabuła Stranger Things, bo w końcu dorastałem w posttransformacyjnej Polsce lat 90., nie zaś w kapitalistycznych, konsumpcyjnych i żyjących w cieniu Zimnej Wojny Stanach Zjednoczonych. Jest jednak w tym wszystkim jakieś uniwersalne spoiwo, bo przecież filmy, jak Coś (1982) czy E.T. (1982), z pewnym opóźnieniem w końcu nad Wisłę docierały. Poza tym chyba każdy z nas miał grupę znajomych, z którą może nie przemierzał na rowerach amerykańskiego przedmieścia, ale odkrywał tajemnice zarośniętych pustostanów lub wilgotnych piwnic bloków z wielkiej płyty. Ten serial po prostu przywrócił nam potrzebę przygody, takiej dziecięcej, naiwnej, pięknej.
I to chyba ten najmocniej rezonujący we mnie pierwiastek Stranger Things, który chcę w sobie pielęgnować. Bracia Duffer mi w tym pomagają, nawet wtedy, kiedy opuszczają gardę i na wierzch wyłazi smutna prawda, że fabuła ich największego (jak dotąd) dzieła to w zasadzie tylko ta fasada odniesień i mrugnięć okiem. Nie ma co ukrywać, fabularny trzon, który stara się trzymać wszystko razem, to scenariuszowa mielizna, sprowadzająca się finalnie do tego, że ekipa chronionych pancerzem kinowej sztampy dzieciaków idzie skopać dupę jakiemuś wygenerowanemu w komputerze, wielkiemu pająkowi, który chce zniszczyć świat. Sensu tutaj doszukiwać się próżno, dlatego też z każdym dniem od finałowego sezonu piątego coraz bardziej schylam się ku teorii, że wszystko to po prostu kampania Dungeons & Dragons rozgrywana w głowach naszych bohaterów. Czysty eskapizm, którego droga do pokonania sztampowego potworka stojącego na końcu lochu jest ważniejsza niż skarb, na którym monstrum spoczywa.
Dlatego też gdzieś tak na etapie sezonu numer trzy zacząłem traktować paranormalne wątki serialu jak wyzwalacz do przeżywania tych bardziej przyziemnych, ludzkich historii i ciągnących się za nimi emocji. Dużo się mówi o coming oucie Willa (Noah Schnapp), który miał w domyśle stanowić emocjonalną woltę finałowego sezonu. Wyszło, jak wyszło, sztucznie, naciąganie i żenująco, niestety. Ale Stranger Things na przestrzeni tej całej dekady pokazało nam, że swoich bohaterów traktuje z czułością. Płakałem, gdy Billy Hargrove (Dacre Montgomery) poświęcił się dla swojej rudowłosej siostrzyczki, płakałem, gdy Eddie (Joseph Quinn) został rozszarpany przez nietoperze z innego wymiaru po zagraniu Master of Puppets na tle czerwonych piorunów. Nie tylko dlatego, że to najlepsi chyba warsztatowo aktorzy, jacy zagościli czasowo w tym serialu, ale ich postacie naprawdę dało się polubić.
Jest to sztuka trudna i często łapię się na tym, jak bardzo obojętni są mi bohaterowie historii, które oglądam na mały i dużym ekranie. Bracia Duffer zrobili jednak rzecz prostą, ale jakże skuteczną – opisują swoich bohaterów nie jako postacie istniejące w swoim własnym wszechświecie, ale będące częścią grupy. Grupy, w której naturalnie dochodzi do napięć, sympatii, zauroczeń czy zazdrości. Dlatego też droga, jaką przechodzi Steve Harrington (Joe Keery), od szkolnego lowelasa po gościa z naturalnym instynktem pedagogicznym, jest cudowna nie tylko jako punkt zwrotny w życiu bohatera, ale dlatego, że po drodze odcisnęła swoje pozytywne piętno na całej masie postaci, które mu w niej wtórowały. I tak jest z każdym, a Dufferowie mieszają paczki swoich postaci często i gęsto, konfrontując ich ze sobą, nierzadko prowadząc do tarcia, z którego zawsze wychodzi coś ciekawego.
Cała ta epicka historia o super mocach, potworach z innego wymiaru, chciwym wojsku (nieważne czy ze Wschodu, czy z Zachodu) czy odkrywaniu innych światów to tylko dodatek do tego, co dzieje się między bohaterami. Dlatego tak łatwo mi uwierzyć w to, że każde wejście do mrocznego Upside Down to tak naprawdę zanurzenie się w kartach wspomnianej gry wyobraźni, które niejako uczy naszych małych bohaterów życia w podzielonym społeczeństwie, gdzie w szkole istnieje bullying, hormony zaczynają przejmować coraz większą kontrolę, a tajemnice, które skrywamy przed najbliższymi, zaczynają coraz bardziej nam ciążyć. Zakończenie piątego sezonu jest dla mnie tak piękne, bo jest symbolicznym (w dość ordynarny sposób) zamknięciem rozdziału zwanego dzieciństwem. Wiecie, każdy miał takie lato wieńczące jakiś etap edukacji, które było tym ostatnim w „takim składzie”. Życie idzie dalej, dorastamy, rozchodźmy się i schodzimy. Nie pozwólmy jednak nigdy zabić w sobie tego naiwnego elementu dzieciaka, a Stranger Things nam o tym w bardzo przyjemny sposób przypomina.
Oryginalny tytuł: Stranger Things
Produkcja: USA/2016
Dystrybucja w Polsce: netflix.com

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
