
Choć temat depresji poporodowej jest mi daleki, oby tak zostało, na nowy film Lynne Ramsay szedłem spokojny. Wciąż miałem w głowie jej cudowne, nakręcone prawie dziesięć lat wcześniej Nigdy cię tu nie było (2017) z Joaquinem Phoenixem w roli głównej. Zaskoczyłem się jednak, bo tak, jak tamten film był wręcz apoteozą sztuki milczenia, jej Zgiń kochanie praktycznie od razu atakuje nas kakofonią dźwięków, myśli i pragnień. To kino napędzane zwierzęcą energią, wyczerpujące fizycznie i poniewierające psychicznie.
Nie wiedząc nic na temat samej natury filmu, zerknął już w kinowym fotelu na oceny w najpopularniejszym serwisie ku temu przeznaczonym w Polsce i trochę się zdziwiłem. Były słabe. Nauczony jednak doświadczeniem, że nie można sugerować się kolektywnym gustem, wciąż byłem na tak. I wiecie co? Wychodząc z seansu na mroźną, ciemną ulicę przyznałem sam w sobie, że bardzo mi się podobało! Rozumiem jednak w pełni wszystkich tych, którzy od dzieła Ramsay się odbiją, nie jest to w żadnym wypadku coś łatwego w odbiorze i formie.
Grace (oszałamiająca rola Jennifer Lawrence), pisarka cierpiąca na twórczą stagnację zostaje świeżo upieczoną matką. Zamieszkuje razem z mężem Jacksonem (Robert Pattinson) i małym synkiem w rodzinnym domu partnera na głębokiej prowincji w Montanie. W tej podstawowej komórce społecznej Grace pełni rolę tej praktycznej i poważnej, podczas gdy Jackson pozostaje beztroski, jowialny. Niech za obraz tego posłuży scena, w której Grace organizuje sprzątanie nowego domu, gdy Jackson w tym czasie rozważa wypełnienie pustej przestrzeni perkusją.
Jackson wzdryga się, gdy widzi szczura, ale Grace znajduje na to bardzo proste rozwiązanie, kupno kota. Pomimo tych relacyjnych tarć, ich wspólne, pierwsze chwile w nowym/starym domu wypełnia szczęście, czułość i nieskrępowana radość ze wzajemnej konsumpcji. Nic nie staje im na przeszkodzie, by uprawiać dziki seks na brudnej, trzeszczącej podłodze. Jak to w życiu jednak bywa, wszystko psuje się wraz z narodzeniem dziecka, intymność zaczyna gdzieś uchodzić, a czułość zanika na rzecz tej prymitywnej potrzeby macierzyństwa. Nie pomaga również patriarchalny system wartości, który nadaje konkretne role ze względu na przynależność płciową. Rysy na psychice Grace zaczynają się powiększać.
Wrażenie robi przede wszystkim to, jak film, jego tempo i klimat, zespojony został z psychiką głównej bohaterki. To kino, które wchodzi pod skórę, głęboko, wpychając widza w objęcia tego niewygodnego uścisku, który nie mówi nam dokładnie, co jest dobre, a co złe. Nie wiem, szczerze mówiąc, czy Grace jest osobą psychicznie zwichrowaną, czy to właśnie ona jako jedyna jest zdrowa, a całe jej otoczenie cierpli na tę wspomnianą już, narzuconą przez patriarchat potrzebę zamykania wszystkiego w określone szuflady. Wiem natomiast, że w każdym z obu przypadków bohaterka ta potrzebuje wyzwolenia na każdej płaszczyźnie ludzkiego jestestwa. Wydawać by się mogło, że Zgiń kochanie to kino promujące postawę macierzyństwa, ja natomiast widzę tutaj zupełne jego przeciwieństwo.
Zawsze bardzo mi imponuje, kiedy twórcy kultury wychodzą naprzeciw archaicznym już dziś, ale wciąż trwających w społecznej świadomości schematom. Ramsay nie boi się ukazać macierzyństwa jako stanu wiążącego kobietę, nie tylko chodzi mi tutaj o wierność wobec ojca dziecka, ale takiego mentalnego więzienia, w którym płacz niemowlęcia, szczekanie psa, ryk silnika spalinowego to kolejne gwoździe konsekwentnie wbijane w czubek głowy, sprawiające fizyczny ból. W filmie wprost pada zdanie, że pierwszy rok po narodzinach może prowadzić do postradania zmysłów, a co jeśli każde kolejne lata to po prostu PTSD po tej traumie?
Warto jednak też pochylić się nad realizacyjną warstwą Zgiń kochanie, bo jest ona naprawdę imponująca. Pomijam już fakt, że oglądanie Lawrence i Pattinsona jako duetu to wartość sama w sobie, bo oboje wypadają tutaj fenomenalnie, to znowu chcę pochwalić twórczynię za to, jak umiejętnie buduje „vibe” swojego filmu, używając technik, które w tego typu kinie nie są spotykane zbyt często. W końcu mamy tutaj całe sekwencje skonstruowane wedle najlepszych prawideł kina grozy, z okazjonalnymi jumpscare’ami włącznie! Wszystko, od obrazu, po mistrzowskie użycie dźwięku jako tego elementu irytacji przebijającego się z tła, zostało zrealizowane po mistrzowsku.
Być może coś jest rzeczywiście nie tak z moim gustem, bo przecież tysiące randomowych ludzi z Filmwebu nie może się mylić, ale mi film Lynne Ramsay bardzo się podobał. Może dlatego, że właśnie takich emocji oczekuję od doświadczenia kinowego. Zamiast poklepywania po ramieniu i ciepłego kakao w znanej mi strefie komfortu, wolę konfrontację z czymś nieznanym, frapującym i stojącym w opozycji do popularnych, przyjętych schematów myślowych. I choć są przypadki, kiedy wszystko to okazuje się tylko fasadą, za którą nie kryje się nic więcej, Zgiń kochanie jest dla mnie dziełem, które w jakimś stopniu zmieniło moje postrzeganie świata, otworzyło mnie na nowe. Na tym chyba polega ewolucja.
Oryginalny tytuł: Die My Love
Produkcja: Wielka Brytania/USA, 2025
Dystrybucja w Polsce: monolith.pl

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
