Father Mother Sister Brother (2025)

Trochę nie dziwi mnie ten cichy marketing wokół najnowszego filmu Jima Jarmuscha Father Mother Sister Brother, bo w przeciwieństwie do jego poprzedniego filmu, gwiazdorskiej komedii o zombie Truposze nie umierają (2019), ta produkcja stawia główne na intymność, ciszę przerywaną rozmowami na temat zegarków i… picia wody. To tryptyk o tymczasowym powrocie na łono rodziny oraz całym emocjonalnym bagażem, który się z tym wiąże. A jak wiemy, nic nie wybrzmiewa tak mocno, jak cisza przecinająca rozmowę przy wspólnym stole.

Od razu muszę jednak powiedzieć, że jest to kino specyficznie – z braku lepszego określenia. Standardowy widz, który wcześniej nie miał okazji poznać filmowego modus operandi Jarmuscha, zagrożony jest zaśnięciem podczas seansu, ponieważ artysta ten balansuje na linie pomiędzy twórczym lenistwem a ekstrawaganckim minimalizmem. Ja oczywiście jestem tym, który totalnie kupuje jego styl, choć rozumiem, że dla wielu będzie on zwyczajnie nie do przeskoczenia.

Film podzielony został na trzy rozdziały, płynnie połączone ze sobą mieszanką kolorowych filtrów. Pierwszy z nich, Ojciec, opowiada o dwójce neurotycznego rodzeństwa, Jeffie (Adam Driver) i Emily (Mayim Bialik), którzy odwiedzają swojego enigmatycznego ojca (Tom Waits) w jego odosobnionym domu niedługo po śmierci matki.

Płynnie prowadzi nas to do drugiego rozdziału, Matki, gdzie siostry Timothea (Cate Blanchett), która jest personifikacją opanowania, i Lilith (Vicky Krieps), która jest przeciwstawnym jej, wolnym duchem, odwiedzają swoją odnoszącą pisarskie sukcesy matkę (Charlotte Rampling) podczas corocznej herbaty. Wreszcie, Siostra, brat opowiada nam historię bliźniaków Skye (Indya Moore) i Billy’ego (Luka Sabbat), którzy wracają do paryskiego mieszkania swoich tragicznie zmarłych rodziców, odkrywając ich kryminalną przeszłości podobną do historii Bonnie i Clyde’a.

Jak same tytuły rozdziałów wskazują, każdy z nich ma swój idiosynkratyczny charakter, prezentując sobą zupełnie inną gamę emocji. Pierwsza opowieść oddaje w sposób wręcz namacalny tę „oschłą” atmosferę odwiedzenia swojego wyobcowanego rodzica po dłuższym czasie rozłąki. Dużo tutaj z klaustrofobicznego horroru, bo wszystko rozgrywa się we wspomnianej, oddalonej od szosy chacie zlokalizowanej nad otoczonym lasem jeziorem. Jaka tajemnica kryje się za rogiem budynku, gdzie niesprawna hydraulika prowadzi do irytującego kapania wody w zlewie? Tego Wam oczywiście nie powiem, choć zdradzę tylko, że przepełniona jest ona typowym, mocno ironicznym poczuciem humoru Jima.

Drugi akt to już zupełnie inne emocje. Choć wszystkie łączy wspólny element – maskowanie swojej autentycznej tożsamości poprzez słowa i symbole. Tym drugim jest tutaj zdecydowanie zegarek popularnej marki Rolex, to pierwsze najlepiej oddaje postać różowowłosej, młodszej siostry Lilith na herbacie u swojej uprzywilejowanej, żyjącej wedle sztywnych zasad brytyjskiej etykiety matrony. Jej zachowanie, zwłaszcza przy ułożonym niczym pod okładkę angielskiego Vogue’a stole, to oczywisty sprzeciw wobec autorytetów, choć jednak matriarchalna siła matki jest tak potężna, że rebelia zostaje zagłuszona, sprowadzona do symbolicznych aktów. Momentem całkowitej porażki wyzwolonej córki jest moment, w którym błagalnym tonem prosi swoją matkę o finansowy ratunek przy zamówieniu Ubera.

Dla mnie jednak szczyt Jarmusch osiąga w trzecim rozdziale, który jest też formalnym odejściem od tych dwóch poprzednich. Sprawia wręcz w nas poczucie oglądania zupełnie innego filmu, co okazuje się niezwykle odświeżające. To też wyjątkowa w skali kina relacja rodzeństwa, w zasadzie bliźniaków, co jest kilkukrotnie podkreślane. O sobie wiedzą wszystko, ale praktycznie nic o sowich zmarłych rodzicach, którzy wydają się być kimś „ciekawszym”, niż tylko para hipisowskich ekscentryków. Przeglądając ich stare dokumenty i zdjęcia, próbują wspólnie nakreślić oś czasu ich życia za pomocą adresów i dat. Ale ta zagadka jest tylko przypadkowa, bo najważniejsze jest wspólne dzielenie chwili, leżąc na parkiecie pośrodku pustego pokoju. Życie jak zawsze pokazało, że tragedia może być najlepszym spoiwem.

W chwili kręcenia Father Mother Sister Brother na biologicznym zegarze Jima Jarmuscha wybiła cyfra 72, więc nie dziwi mnie zupełnie, że jego twórcze spojrzenie zwraca się w kierunku przemijania, starości i śmierci. Nie jest to najlepszy film w jego dorobku, bo u mnie palmę pierwszeństwa zawsze będzie dzierżyć Tylko kochankowie przeżyją (2013), co więcej, jestem w stanie dostrzec, że osiadł on trochę na laurach i nie ma już ani siły, ani chęci tworzyć tej szeroko rozumianej kontrkultury. Może to i dobrze, bo buntowników będzie jeszcze wielu, a tak celnych obserwatorów życia (po prostu, nie tylko rodzinnego), zawsze będziemy mieć deficyt.

Oryginalny tytuł: Father Mother Sister Brother

Produkcja: USA, 2025

Dystrybucja w Polsce: gutekfilm.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *