
Harmony Korine to moje osobiste odkrycie roku 2025, kiedy to obejrzałem jego fantastyczne Aggro Dr1ft (2023). Było to dla mnie doznanie kinowego absolutu, namaszczenie prawdziwego artysty, dla którego nie ma żadnych granic, szuflad ani zahamowań. Od razu więc sięgnąłem po jego głośny w wielu kręgach, przeklęty w innych debiut Gummo z 1997 roku. I tak, jest to dla mnie arcydzieło, jednocześnie film, do którego nigdy więcej nie chcę wracać. Musiałem dosłownie wziąć prysznic po jego obejrzeniu.
Istnieje coś takiego, jak apoteoza syfu, wzniesienie do rangi sztuki wynaturzenia i dosłowne spuszczanie się nad tym, od czego każdy „normalny” człowiek odwraca wzrok. To jest właśnie Gummo. Obraz tak okrutny, podły i zły, że oglądałem go z niepowstrzymanym obrzydzeniem, a jednak jest w nim coś tak trafnie opisującego ówczesny, i jak widać aktualny, obraz Amerykańskiego Midwestu, że nie mogłem oderwać od niego oczu, jednocześnie zbierając się do owacji na stojąco na cześć jego twórcy.
Trudno mówić tutaj o jakiejś strukturalnie poukładanej fabule, bo to raczej kronika tragedii, które zdefiniowały wiejską rzeczywistość Ohio, przez którą dekady wcześniej przetoczyło się tornado. Gummo wykorzystuje te wszystkie szokujące obrazy, aby dokonać szerokiej obserwacji społecznej pozycji, którą amerykańska podklasa jest zmuszona zająć. Szczególnie tych, którzy najtrudniej borykają się ze skutkami lokalnego kryzysu.
Na prawię dekadę przed tym, jak opinię publiczną oburzyła fatalna reakcja FEMA (Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego) na huragan Katrina, Gummo przewdziało znany już powszechnie fakt, że pomoc ze strony struktur władzy w praktyce nie istnieje, szczególnie dla społeczności zmarginalizowanych. Powraca zatem stara jak świat prawda, że tylko uprzywilejowani są coś warci. A już na pewno warci systemowej pomocy w przypadku katastrofy naturalnej.
„Fabuła mnie obrzydza. Prawdziwe życie nie ma fabuły” – powiedział Korine na łamach The Guardian Weekend w 1999 roku. To jest ten rodzaj wypowiedzi, które twórca ten lubi, a cały film został nakręcony w ten sposób, że stanowi jej wizualną prezentację. W końcu dla wielu ludzi kino nie ma na celu opowiadania historii, raczej pokazywać nam różne obrazy ze względu na ich estetyczną wartość. I tutaj też znajdzie się kilka elementów, które stanowią wizualną identyfikację arcydzieła Korine’a. Widocznie zaburzony chłopak w stroju króliczka grany przez Jacoba Sewella oraz Jacob Reynolds jedzący spaghetti w brudnej wannie z kawałkiem boczku na ścianie za nim.
Jestem fanem tego, jak Gummo udowadnia amerykańskiemu społeczeństwu, żyjącemu jednak trochę pod kloszem oszukańczego kapitalizmu, że bieda, a raczej ubóstwo, to nie jest koncept wymyślony do opisywania jakiś odległych krain, ale problem, który można spotkać parędziesiąt kilometrów od swojego idealnego osiedla.Bieda tutaj jest nie tylko przygnębiająca i demoralizująca, ale na swój sposób nudna, powszechna. Patrząc dalej, kiedy jesteś przygnębiony i znudzony jednocześnie, jest wiele rzeczy, za które się łapiesz, by oderwać myśli, których inaczej nigdy byś nie zrobił. Nie wiem, na ile pokazane tu postaci i ich „wyczyny” bazowane są na prawdziwych wspomnieniach twórcy, ale jestem w stanie uwierzyć, że gdzieś w tych cywilizowanych krajach Zachodu białe dzieciaki polują na koty, by ich truchła sprzedać lokalnej knajpie.
Oczywiście te bardziej szokujące elementy narracyjne każdej z postaci są prawdopodobnie podkręcone przez twórcę, tak mozaika amerykańskiej klasy niższej w wykonaniu Korine’a jest mocno zakorzeniona w namacalnych problemach, które dotykają dużą część populacji. Dla tych, którzy przyzwyczaili się do tego cukierkowego, romantycznego portretowania ludzi w kryzysie finansowym przez Hollywood – zawsze wytrwałych, dumnych i pracowitych – Gummo może okazać się prawdziwym szokiem i brutalnym przypomnieniem, że istoty ludzkie często nie są tak szlachetne, jak nam się wydaje. A już zdecydowanie nie wtedy, kiedy dotyka je chroniczna bieda.
Można nazwać Gummo dziełem na wskroś eksperymentalnym, prowokacyjnym i transgresywnym, ale nie sposób odmówić mu tak sporej głębi, że bez problemu wznieś można go rangi amerykańskiej awangardy. To zarówno najpiękniejszy, jak i najokrutniejszy, najbrzydszy film wszech czasów. Jego piękno tkwi w tym, że Korine podchodzi do swoich bohaterów z ogromem empatii, jacy by oni nie byli, i potrafi wyciągnąć z nich to przykryte kurzem, krwią i spermą człowieczeństwo. Mimo że robią zdecydowanie godne potępienie rzeczy na ekranie, tak w pewien sposób jesteśmy w stanie im współczuć, a ich przypominającym piekło na Ziemi światem szczerze się zachwycić.
Oryginalny tytuł: Gummo
Produkcja: USA, 1997
Dystrybucja w Polsce: BRAK

Częściej słońce, rzadziej deszcz. Entuzjasta kultury wszelkiej, bo przecież nie ma piękniejszej interakcji międzyludzkiej, jak przekazywanie sobie emocji.
